ill titleJastrząbka Stara, akcja "Burza" i wspomnienia z okresu II Wojny Światowej

Okres okupacji hitlerowskiej na obszarze czterech powiatów (mieleckiego, dąbrowskiego, tarnowskiego i dębickiego) został opisany w dokumentach historycznych lub wspomnieniowych niejednorodnie. Kronikarsko, na dzień dzisiejszy w najlepszej sytuacji jest Stara Jastrząbka, południowy sąsiad Żarówki. Książka "Zapalnik - z walk AK i BCh na Płaskowyżu Tarnowskim w latach 1939-44" została napisana przez Aleksandra Kabarę, bezpośredniego uczestnika tamtych wydarzeń, żołnierza AK zaprzysiężonego w czerwcu 1943r, wtedy mającego 17 lat życia. Jako zawodowy oficer WP z gruntownym wykształceniem, także cywilnym (absolwent Politechniki Warszawskiej), zadbał o zgromadzenie rzetelnych i udokumentowanych materiałów. Jak opisał to we wstępie książki, starał się dotrzeć do jak największej ilości świadków ale miał świadomość, że przy tak szerokiej problematyce i po kilkudziesięciu latach mogą być też "białe plamy" lub zniekształcenia. Tak się geograficznie składa, że tą "stykową" wsią czterech wymienionych powiatów była Żarówka, najdalej na zachód wysunięta część gminy Radomyśl Wielki. Z tego też względu wiele wydarzeń dziejących się w sąsiadujących ze sobą miejscowościach, odbijało się echem w najbliższej okolicy. A działo się wiele złego głównie za sprawą lokalnych oprawców, wyselekcjonowanych przez Niemców polskojęzycznych bandytów i naznaczonych na kierownicze stanowiska w komendach hitlerowskiego aparatu władzy.

W gminie Radomyśl Wielki komendantem policji granatowej był przesiedleniec i kolaborant Jan Pielach, w gminie Żyraków działał (urodzony w USA) volksdeutsch Bahnschutzpolizei Stanisław Trojan, w gminie Czarna komendantem posterunku był niejaki Szwedo, w rejonie Dąbrowy Tarnowskiej szalał pochodzący z Zaolzia "krwawy upór" - Engelbert Guzdek. Każdy z nich działał bezwzględnie, wręcz sadystycznie. Aby wykazać się "sukcesami" w służbie, często organizowali łapanki na Żydów i terroryzowali ludność na swoim terenie. Z reguły jednak unikali wychodzenia w swoich akcjach poza swój obszar odpowiedzialności. Umożliwiało to dobrze zorganizowanemu ruchowi oporu dokonywania przesunięć zagrożonych osób na bezpieczny w danej chwili rejon. I tak, jeśli był sygnał, że Szwedo organizuje akcję represyjną to powiadamiano ukrywających się ludzi, którzy przemieszczali się w lasy na teren sąsiedniej gminy. Jeżeli do akcji ruszał Pielach lub Guzdek, to z reguły ukrywający się byli już daleko na południu. Ten system powiadamiania ocalił z pewnością wielu ludzi. Ważnym ogniwem tego systemu były urzędy sołtysów (zwykle jednoosobowe), wspomagane zaufanymi łącznikami. O istnieniu takich "ścieżek ewakuacyjnych" w naszym rejonie, którymi migrowali Żydzi można przeczytać w książce Aleksandra Kabary. Jak wspomniałem już przy okazji jednego ze streszczeń książki "Zapalnik...", jest to dokument szczególny, gdyż oprócz wielkiej polityki i strategii walki podziemnej możemy poznać rozterki, dylematy moralne dowódców planujących akcje i przewidujących możliwy odwet bezwzględnego przeciwnika. Mamy też opis życia zwykłych mieszkańców tych stron, bez wahania stających do walki o wolną Polskę i niestety, ponoszących wielkie straty. Pamięć o tamtych latach jest wciąż żywa, a w rodzinach przekazy ustne ludzi starszych są porównywane przez najmłodsze pokolenia z poszczególnymi opisami książkowymi i publikacjami w Internecie. Istnieje potrzeba dokonania pewnych korekt, uściśleń i uzupełnień do wydania książkowego tak aby opis wydarzeń był zgodny z prawdą.

Bardzo ważnym przyczynkiem do rozszerzenia naszej wiedzy o okupacyjnych wydarzeniach w Jastrząbce Starej są wspomnienia Pani Władysławy Michalskiej z d. Gońka, obecnie mieszkającej w Tarnowie:

"Miałam niewiele ponad 10 lat pod koniec II Wojny Światowej, ale jako najstarsze dziecko w rodzinie starałam się pomagać rodzicom w opiece nad piątką rodzeństwa i przy lżejszych pracach w polu. Ojciec, oprócz pracy na własnym gospodarstwie, miał także wiele obowiązków (był sołtysem Jastrząbki Starej) w które z wiadomych względów nie byłam wtajemniczana.

Podoficer Jan Gońka w latach dwudziestych XX w. służył w jednostce saperskiej WP w Twierdzy Modlin

Wśród wielu osób odwiedzających nasz dom był również hr. Alfred Łubieński, któremu jeszcze przed wojną mój ojciec towarzyszył w polowaniach. Wracając kiedyś z polowania hrabia Alfred z całą świtą zawitał do naszego domu. Może dlatego zdarzało się, że czasem na naszym podwórku zjawiały się same psy myśliwskie pana hrabiego. Dworek w Zassowie znałam bardzo dobrze, często bywałam tam z ojcem załatwiającym jakieś sprawy. Że były to sprawy konspiracyjne dowiedziałam się kilka lat później, ale też ogólnikowo, gdyż przez wiele lat po wojnie rozmowy i dyskusje o Armii Krajowej (te prawdziwe) były zakazane. Kiedy w kilka dni po nocnym zrzucie pod koniec lipca 1944r powiedziałam ojcu, że wraz z bratem oglądaliśmy z ukrycia przebieg tego fascynującego wydarzenia, otrzymałam ostrzeżenie aby nie wsadzać nosa w sprawy dorosłych gdyż jest to bardzo niebezpieczne.

A było to niezwykłe widowisko; niebywała krzątanina ludzi, tajemnicze znaki świetlne, samolot zataczający kręgi i kilkakrotnie pojawiający się nad nami... Nie czekaliśmy do końca, było już b. późno i podekscytowani wróciliśmy do domu.

Podczas okupacji mimo braku polowań, hr. Alfred był często obecny w naszej wsi. To był bardzo szlachetny i zasłużony człowiek, znali go wszyscy na tym terenie i niezwykle szanowali.

ill titleHerkules

W dniu zestrzelenia samolotu wielosilnikowego "Junkers" pracowałam na polu, tzw. "Małych Łąkach". Usłyszałam i zobaczyłam olbrzymi samolot lecący z kierunku Rzeszowa na zachód. W tym samym czasie na nieco wyższym pułapie na południowo-wschodniej stronie nieba pojawiła się grupa 9 mniejszych samolotów. Leciały w szyku trójkowym i wszystkie obniżyły swój lot po zauważeniu "Herkulesa". Sześć z nich przeleciało w naszym pobliżu i wyraźnie można było zauważyć amerykańskie oznaczenia. Te samoloty kontynuowały lot w kierunku południowo-zachodnim, natomiast myśliwce z pozostałej trójki kolejno atakowały samolot niemiecki zataczając jeden krąg i prowadząc ogień z karabinów maszynowych. Ogień z obu stron nie był zbyt celny, gdyż nie było widać żadnych efektów i wielki samolot leciał dalej wykonując drobne korekty kierunku lotu. Wydawało się, że myśliwce nie ponowią ataku ponieważ leciały w tym samym kierunku jak zasadnicza grupa, ale nagle jeden z nich wykonał ostry nawrót i po zbliżeniu się do transportowca oddał długą serię, tym razem celną. Samolot niemiecki zmienił kierunek lotu i zaczął palić się od tylnej części kadłuba. Leciał jeszcze jakiś czas ale widać było, że ma ogromne kłopoty, szybko obniżał swój lot i runął na pola Franciszka Drozda w odległości 350 m od miejsca gdzie pracowałam. W ostatniej fazie lotu leciał wprost na mnie i gdyby wcześniej nie przyziemił, to z pewnością skończyłoby się tragicznie i dla mnie. Wszystko to odbyło się z wielkim hukiem i trzaskiem łamiącego się podwozia oraz wybuchającej amunicji od płomieni, które szybko ogarniały cały samolot.

Widziałam sylwetki wyskakujących ludzi z "lądującej" płonącej maszyny, trzech z prawej i jeden z lewej strony kadłuba. Kiedy zdecydowałam się podejść w pobliże płonącego wraku, było tam już dużo ludzi. Niektórzy z nich odważyli się na zbliżenie do porozrywanego od wybuchów amunicji oraz uderzenia o ziemię palącego się kadłuba i osękami przeciwpożarowymi wyciągali różne materiały, duże bele tekstylne, emaliowane naczynia. Wszystko było mniej lub bardziej nadpalone. Cała załoga samolotu była poszkodowana. Ten, który po wyskoczeniu z samolotu uderzył w kalenicę budynku gospodarczego Pawła Kośli, podczas upadku z dachu doznał złamania kręgosłupa i zginął na miejscu. Był bardzo młodym, rudawym mężczyzną. Kiedy pobiegłam do domu zobaczyłam na naszym mostku poparzonego żołnierza, przyprowadziła go Julia Baran a Waleria Dzierlęga w spólnie z moją mamą usiłowały ulżyć mu w cierpieniach i założyć prowizoryczne opatrunki na głowie i rękach. Okropny był widok zupełnie spalonych do łokci rąk i przejmująca reakcja strasznie cierpiącego zszokowanego człowieka, który z bólu usiłował ochłodzić sobie resztki przedramion w wodzie strumienia płynącego pod mostkiem. Było oczywiste, że pomóc może mu tylko lekarz i to jak najszybciej. Ponieważ mój ojciec był w tym czasie w Dębicy, nasz sąsiad Stanisław Madura szybko przyszykował wóz i przewiózł rannego do lekarza na Górnym Końcu wioski a następnie do lekarza niemieckiego w Czarnej. Jak się dowiedzieliśmy później, wkrótce ten żołnierz zmarł.

Ze spalonego kadłuba samolotu pozostał tylko szkielet przedniej części, nawet nie było widać jego oznaczeń. Nie wiem, czy w takim ogniu mógł ocaleć jakiś karabin z którego (wg książki "Zapalnik...") partyzant "Kula" usiłował w dwa tygodnie później pozbawić życia pilota niemieckiego myśliwca. Jeśli tak było naprawdę to nic dziwnego, że broń zawiodła.

Wrak "Herkulesa" wyglądał jak widmo i wieczorami strach było być w jego pobliżu.

ill titleMesserschmitt

Samolot ten z pewnością wykonywał lot bojowy w rejonie na wschód od Mielca do którego zbliżał się front, a po trafieniu ogniem artylerii rosyjskiej usiłował dolecieć na najbliższe lotnisko. Również tym razem pracując na naszym polu, zobaczyłam w pewnej chwili lecący nad częścią Jastrząbki zw. "Olszyny", samolot przechylony na jedną stronę i obniżający swój lot. Po chwili wylądował w odległości ok. 2 km ode mnie na gruncie Pawła Kawy. Ta część pól zwana była "Oleśnicą". Chciałam to wszystko widzieć bliżej, więc pobiegłam w tamtą stronę. Było tam już wielu ludzi i mówiono, że samolot ma przestrzelone skrzydło. Był wielki chaos i zamieszanie. Pilot samolotu był bardzo zdenerwowany i czujnie rozglądał się na wszystkie strony. Polecił wezwać właściciela gruntu aby uczynić go odpowiedzialnym za, jak się wyraził, "maszynę".

Nie wiem z jakiego powodu wysłany goniec po sołtysa nie przekazał mojemu ojcu wezwania pilota do przybycia w ten rejon.

Kiedy pilot oddalił się z przewodnikami w kierunku zachodnim do szosy Tarnów - Mielec, nastąpiło "bliższe" zapoznanie się z samolotem zgromadzonych ludzi. Próbowano toczyć samolot po polu poprzez pchanie; największą radość z tego miały dzieci siedzące na skrzydłach. Z chwilą rozpoczęcia demontażu elementów samolotu, Paweł Kawa prosił o zaprzestanie dewastacji zdając sobie sprawę, że on za to "położy głowę".

Nie wiem czy jego próśb nie dosłyszano, czy nie rozumiano jego odpowiedzialności, ale w pewnej chwili zrezygnowany Paweł ze smutkiem odszedł do domu. To co nastąpiło w najbliższych kilkudziesięciu godzinach okazało się wielką tragedią i przyniosło nieobliczalne straty materialne jakie ponieśli mieszkańcy Starej Jastrząbki. W tym samym dniu po południu zginął Paweł Kawa, umierał na własnym polu w pobliżu samolotu, ginęli inni niewinni ludzie. Oprócz rajdu 3 opancerzonych pojazdów gąsienicowych i krążących samolotów rozpoznawczych, wieczorem wzdłuż wioski przeleciał samolot zionący straszliwym ogniem sypiącym się na ziemię. Niemcy chyba chcieli podpalić całą wieś. To wszystko wywołało ogromną panikę, ludzie szukali schronienia w pobliskich lasach. Mój ojciec zaczął nas pakować na wóz, gdyż dowiedział się, że na niego i jego rodzinę za próbę zamachu na pilota Wernera i zniszczenie samolotu, Niemcy wydali wyrok śmierci. W tym momencie na naszym podwórku pojawiła się grupa obcych ludzi z podziemia, namawiali mojego ojca do pozostania gdyż tu będzie stawiany opór i wszystko dobrze się zakończy. "O pozostaniu mowy nie ma" odpowiedział ojciec i tak jak staliśmy, wyjechaliśmy nie zabierając nic ze sobą. Nasza rodzina z 6 dzieci ukryła się w lasach k. Przerytego Boru. Przez pół roku do Jastrząbki nie wracaliśmy z prostego powodu: groziło to pewną śmiercią a po trzech tygodniach była to pierwsza linia frontu.

W dniu 01 sierpnia 1944r pod nasze zabudowania podjechały 4 pojazdy na gąsienicach, zabrano część inwentarza żywego a następnie wszystko spalono. Podpalono dom mieszkalny, stodołę z przybudówką i oborę. Mówiono nam, że kiedy Niemcy zabierali się do odjazdu, zauważyli że obora się nie pali. Oddali wtedy serię pociskami zapalającymi i dokończyli dzieła zniszczenia. Nad palącą się wsią krążył niemiecki samolot prawdopodobnie pilnując, czy ktoś nie usiłuje gasić zabudowań.

Wtedy wszystkich nas dręczyły wątpliwości i zadawaliśmy sobie pytania: czy warto było dla kilku sztuk broni narażać mieszkańców na takie cierpienia i straty? Przecież wiadomo było, że front zbliża się bardzo szybko i na pewno nastąpią zmiany.

Dzika brutalność niemieckich żołnierzy w stosunku do mieszkańców wsi była postrzegana jako wyjątkowo kontrastująca z zachowaniem naszych ludzi, ratujących niedawno poszkodowaną załogę Junkersa.

Dla naszej rodziny ocaleniem było przemieszczenie się po 2-tygodniowym pobycie w leśnej kryjówce do Nieczajny, podczas ogólnej akcji wysiedlenia całej okolicy i tam doczekaliśmy wyzwolenia.

Autorka wspomnień

ill titleJastrząbka po 1945r

Byliśmy załamani po powrocie na swoje gospodarstwo, był tylko zwęglony plac i opalone drzewa. Patrząc na to wszystko zastanawiałam się po raz któryś, czy warto było współczuć i płakać nad rannym żołnierzem niemieckim z samolotu transportowego, kiedy dwa tygodnie później żołnierze tej samej armii wydali na nas okrutny wyrok i spalili dorobek życiowy naszej rodziny. Cały ciężar odbudowy, faktycznie bez żadnej pomocy z zewnątrz, musiał udźwignąć mój ojciec i to na pewno przyczyniło się do pogorszenia jego stanu zdrowia. Przez wiele lat żyliśmy w skrajnym ubóstwie. Ojciec z tej zgryzoty przedwcześnie odszedł z tego świata. Podobne problemy miało wiele rodzin w naszej wsi. Wszystkim było niezmiernie ciężko, pamięć o niedawnej gehennie była wciąż żywa a nadchodzące wiadomości nie były pocieszające.

Wszyscy mocno przeżywaliśmy wiadomość o tragicznej śmierci hr. Alfreda Łubieńskiego; wydawało się nam, że bezpowrotnie zakończyła się pewna epoka. Docierały też do nas informacje o losie niektórych oprawców. Osławiony Szwedo, rozpoznany we Wrocławiu na ulicy, wiedząc że może się to zakończyć źle dla niego, sięgnął w pewnej chwili do kieszeni po coś, co w jego mniemaniu mogło ocalić mu życie. Jeden z zatrzymujących go ludzi, sądząc że sięga po broń - strzelił do niego. Okazało się, że w kieszeni była tylko fotografia z gromadką jego ośmiorga dzieci! Niedawny oprawca, polujący osobiście na ludzi i strzelający do każdego, kto mu się nie spodobał na ulicy, miał też drugie ludzkie oblicze - ale tylko dla swoich bliskich.

Najbardziej przykra była konieczność ukrywania przez ludzi swojej przynależności do Armii Krajowej, część z nich była represjonowana a przez wiele lat był to temat zakazany. Dopiero w 1984r Stara Jastrząbka została odznaczona przez Radę Państwa Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski "Za wykazane bohaterstwo w walce z okupantem hitlerowskim". Sześć lat wcześniej pobliską wieś Róża, również dotkliwie spacyfikowaną przez okupanta, Rada Państwa odznaczyła Krzyżem Grunwaldu III klasy. Na zbiorowej mogile 4 ofiar represji w Zassowie odsłonięto tablicę pamiątkową dopiero we wrześniu 1971r.

Chyba pierwsza oficjalna informacja w lokalnej prasie o partyzanckim etosie Jastrząbki Starej, pojawiła się w 1985r z okazji obchodów 425 rocznicy założenia tej wsi. W całym tekście tylko raz wstawiono literki "AK", a zamieszczone informacje nie są wolne od zasadniczych błędów. Oto dwa fragmenty artykułu prasowego:

Kopia artykułu z 1985r

Byłoby wskazane, aby organizatorzy podobnych uroczystości znaleźli czas na złożenie oficjalnej wiązanki kwiatów na mogiłach wszystkich ofiar krwawej rozprawy hitlerowców w dniach 31 lipca i 01 sierpnia 1944r z mieszkańcami wsi Jastrząbka Stara. Pamięć o śmierci niewinnych ludzi nie może być tylko sprawą bliskich Pawła Kawy i pozostałych rodzin. Czas leczy rany ale ból i uczucie krzywdy pozostają na zawsze.

/-/ Władysława (Gońka) Michalska
[tekst autoryzowany]

Wzruszające to wspomnienia i delikatnie wyrażone oceny, do których Pani Władysława ma niezaprzeczalne prawo. Dla potomnych jest to wezwanie do autentycznego pielęgnowania chlubnych tradycji każdej miejscowości i zachowania pamięci o bohaterach walczących o Polskę.

Z pewnością żołnierze 1. plutonu "Jastrząbka", dowodzeni przez por. art. Henryka Gadomskiego walczyli wkrótce ze wiadomością, że w ten sposób wyrównują rachunki z okupantem i mszczą się za śmierć swojego kolegi Pawła.
Taka sama idea przyświecała też innym żołnierzom Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich w Akcji "Burza", zmobilizowanych w pobliskich miejscowościach:

  • 2. plutonu "Borowa", dowodzonym przez ppor. Ludwika Bieniasza;
  • 3. plutonu "Czarna", dowodzonym przez ogniomistrza Kazimierza Szynalskiego.
  • Podczas zaciętych walk w rejonie Pilzna, wielkim wsparciem duchowym dla nich była obecność w Dowództwie III Zgrupowania AK osoby wachmistrza podchorążego (ppor. AK) Alfreda Łubieńskiego, wypróbowanego przyjaciela będącego wzorem waleczności i patriotyzmu. Wszyscy wchodzili w skład 5 pułku strzelców konnych, odtworzonego z przedwojennej jednostki WP w Dębicy.

    Gdyby los dał autorowi książki "Zapalnik..." szansę naniesienia poprawek w kolejnym wydaniu, to z pewnością by to zrobił. Wiem, że płk Aleksander Kabara wydał ją z własnych funduszy i w niewielkim nakładzie. Jej egzemplarze są w wielu domach Starej Jastrząbki, są też w wielu miejscach Polski, dokąd wywędrowali Jego koledzy z czasów konspiracji.
    To naprawdę pasjonująca historia życia poprzednich pokoleń, ucząca szacunku i oddania dla Ojczyzny.

    Jedna z okolicznościowych odznak AK przyznawana za udział w Akcji "Burza".

    Dla czytelników spoza tego rejonu informacja administracyjno-geograficzna:

    W 1975r Jastrząbka Stara uzyskała nazwę Stara Jastrząbka, a dotychczasowa jej zachodnia część - Podlesie została wyodrębniona jako nowe sołectwo: Podlesie.

    Podobny podział, ale dużo wcześniej, nastąpił tuż po wojnie w dużej obszarowo wsi - Żarówka. W 1947r z zachodniej części Podlesia Żarowskiego utworzono nową wieś: Janowiec, do której rok później dołączono pozostałą część Podlesia Żarowskiego na wyraźne żądanie jej mieszkańców.

    W opracowaniu konsekwentnie stosowano stare nazewnictwo, podobnie jak w prezentowanym artykule prasowym z 1985r.

    Opracował: Stanisław Cichoń
    Marzec 2009r.