ill title Wspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.3 - "TUŁACZY LOS"


Wanda Wędzik z domu Dudek
Podziękowanie Tomaszowi Wędzik za spisanie i przesłanie


Powracam tu, gdzie wierzby szumiały,
gdzie w polu rósł wrzos i głóg,
gdzie w polu rosły łany złocistych zbóż
przetkane kwieciem maku i bławatka,
gdzie łąka pachniała sianem,
gdzie wieczorem rechot żabek kołysał do snu.
Powracam tu, gdzie stał mój rodzinny dom,
a w nim tyle dziecięcych skarg i łez.
Powracam tu!

Powracam do wspomnień mojego taty, Andrzeja Dudka, z okresu okupacji, podczas której byli wysiedleni i zmuszeni do ucieczki z własnego domu przed Niemcami. Był to okres dramatyczny. Wszystko działo się bardzo szybko. W pośpiechu tata zabrał ze sobą tylko konia i krowę oraz wóz, na którym przewoził całą swoją rodzinę. Schronienie znaleźli pod drzewami nad rzeką "Dębą". Słysząc głośne strzelanie Niemców schodzili do rzeki i chronili się nad jej brzegiem. Moja mama, Stefania Dudek, w ostatniej chwili zanim uciekła z domu zabrała ze ściany obraz z wizerunkiem Matki Bożej. Przez cały ten czas nosiła go na plecach, a żeby było jej wygodniej tato dorobił do obrazu szelki i w ten sposób skonstruował przedmiot wyglądem przypominający dzisiejsze młodzieżowe plecaki. Przez cały okres wysiedlenia mama nie ściągała obrazu z pleców, a wszyscy przebywający wraz z nimi ludzie zgromadzeni nad rzeką modlili się gorąco do wizerunki Matki Bożej prosząc Ją o przeżycie.

Niemcy w tym czasie coraz bardziej atakowali wieś. Ich bomby spadały wszędzie. Jedna z nich spadła również na zabudowania dziadka. Nasz dom zaczął się okropnie palić. Dziadek okropnie przeżywał to, co widział i niestety przypłacił to życiem. Jego serce nie wytrzymało tego widoku i zmarł w rzece "Dęba". Jego ciało pochowano w pośpiechu, z obawy przez wrogiem, kilkanaście metrów od rzeki, gdzie rosła młoda brzoza. Następnego ranka, z nastaniem świtu, wszyscy musieli uciekać z "Dęby". Niemcy byli bowiem już na porębach w lesie i strzelali w naszą stronę z karabinów maszynowych. W zabudowaniach mojego dziadka Wariasa i moich rodziców, na dachu stodoły, mieli swój patrol rosyjscy żołnierze, a na ich polu zrobili sobie okopy. I tak: Niemcy strzelali z lasu, a Rosjanie z zabudowań i okopów. Wydawało się, że nie mamy szans na przeżycie.

Ktoś jednak ze znajomych dał znać mojemu tacie, że można uciekać na Radomyśl, bo droga jest jeszcze wolna. Cała więc rodzina wsiadła na wóz i zaczęła uciekać drogą z "Porąb", przy której stoi Figura. Kiedy do niej dojechali okazało się, że na ziemi leżało tam dwóch Niemców z karabinami maszynowymi przygotowanymi do strzału w ich kierunku. Tato mówił mi, ze ich widok sprawił, że jego czapka, którą miał na głowie, uniosła mu się 10 cm ze strachu do góry. W tym przerażeniu pozdrowił ich. Niemcy, mimo iż widzieli całą furę ludzi, płaczące ze strachu dzieci nawet ich nie zatrzymali tylko zawołali "Raus, raus". Tata ruszył więc w pośpiechu dalej. Jechali droga koło cmentarza, a gdy dojechali do lasu "Borek" Niemcy otworzyli ogień z karabinów maszynowych z lasu z "Porąb". Tato mówił, że kule tylko świstały koło wozu, ale żadna w niego nie trafiła. Ich modlitwy do Matki Bożej zostały wysłuchane, uchroniła ich Ona cudownie przed śmiercią. Kiedy przejeżdżali przez Radomyśl był on okropnie zniszczone. Wszędzie widać było dopalające się domy i pozostałe po nich zgliszcza. Ich podróż zakończyła się w Mielcu, gdzie zatrzymali się. Ponieważ za wozem, przez całą drogę, szła za nimi krowa, którą doili. Ta odrobina mleka była jedynym pożywieniem, które posiadali. Chodzili więc po domach i prosili gospodarzy o jakieś jedzenie. Ci, którzy je mieli, dzielili się z nimi, tym, co sami posiadali, ale byli również tacy, którzy tak jak oni głodowali. Z trudem więc przeżywali każdy dzień, ale na szczęście przyszła wiosna i mogli wrócić z wygnania do Dulczy.

Najważniejszą sprawą było moich bliskich odnalezienie mogiły dziadka. Nie była to rzecz łatwa, ponieważ pamiętali, że pochowali go pod brzozą. Niestety, w tym czasie w drzewo trafiła bomba i nie zostawiła po nim żadnego śladu. Padające deszcze rozmyły mogiłę i utrudniały jej odnalezienie. Na szczęście poszukiwania zakończyły się sukcesem i ciało dziadka przeniesiono na cmentarz.

Także lata powojenne były bardzo ciężkie i trudne dla mojej rodziny z powodu choroby i wczesnej śmierci mojej mamy. Odbiła się ona piętnem na całe życie naszej czwórki: Ireny, Zuzi, Zygmusia i oczywiście mnie samej. Śmierć mamy sprawiła, że żyliśmy z poczuciem krzywdy i żalu. Mówią, że czas leczy rany, ale nie do końca!

Pamiętam jeszcze taki moment z mojego dzieciństwa, kiedy mój tato zaczął budować stodołę. Kopiąc rowy na fundamenty znaleźli gliniany garnek pełen popiołu. Było w nim jeszcze kilka monet. Ponieważ wówczas nie przywiązywano wagi do takich znalezisk monety po obejrzeniu wyrzucono. Podobnie postąpiono z garnkiem, jeden z robotników kopnął go tak mocno, że rozsypał się w mak, a mieszczące się w nim prochy rozsypały się wraz z nim. Być może dzisiaj takie skarby byłyby cennym znaleziskiem, ale wówczas ludzie pojęcia o tym nie mieli, jakie tajemnice może skrywać ziemia. Wracając do prochu, możliwe, że były to szczątki człowieka z dawnych, dawnych czasów, bo przecież właśnie przez to miejsce przechodził szlak handlowy prowadzący do Tarnowa. Tu także krzyżowały się drogi i stała karczma. Miejsce to nazywaliśmy "Karczmisko" i tam właśnie sadziliśmy ziemniaki. Również orając ziemię tata wciąż napotykał się na zdrowe cegły, pamiątki z tamtych odległych czasów.

Zamykając oczy widzę piaszczystą drogę, która prowadziła do Dulczy. Bardzo trudno było nią przejechać koniem i wozem. Widzę również sklep u pani Jurasów, do którego chodziłam po zakupy. Można w nim było kupić zapałki, ocet, denaturat, alkohol oraz naftę do lampy, bo wtedy nie było we wsi prądu i każdy korzystał z lampy naftowej. W sklepie nie można było kupić nic do jedzenia. Rzadko też przywożono do niego chleb.


Mapa Dulczy Wielkiej z zaznaczoną lokalizacją nieistniejącego już dworu i karczmy. Przesłał Tomasz Wędzik. 2012

W mojej pamięci pozostały również ruiny "dworku" stojącego na starej wsi w kierunku Podlesia. Nieraz, będąc dzieckiem, pytałam tatę kto w nim mieszkał. W odpowiedzi usłyszałam, że właścicielem dworku był Panicz. Miał on duże stawy, które były pełne ryb, a miejsce to ludzie nazywali "Krzywda". Dzisiejsze pokolenie o dworku nic już nie wie.

I to tyle z moich wspomnień. Serdecznie pozdrawiam moje koleżanki z Dulczy i Podlesia: Irenę Wolak, Kazię Golec, Krysię Rybę i Marysię Warias.


Tadeusz Dudek, Eugeniusz Ptak, Stanisław Giża, Stanisław Barłóg, Józef Szumny, Helena Brożyna, Irena Giża z d. Dudek, Wanda Wędzik z d. Dudek, Rok 1960


Ludwik Dudek z żoną, Danuta Szebla z synem Adamem, Bronisława Mazur mieszkająca w USA, Stanisława Dudek, Bronisław Wolak, Józef i Antoni Dudek, Stanisław Szebla, Wanda Wędzik z synem Dariuszem Dulcza Wielka u rodziny Ludwika Dudka


Wanda Wędzik z domu Dudek, sierpień 2012

Wspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.1

Wspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.2