ill titleSAMOLOT MYŚLIWSKI MESSERSCHMITT Bf 109E W JASTRZĄBCE STAREJ


Opracował: Stanisław Cichoń (*1941).

Streszczenie fragmentu książki Aleksandra Kabary p.t. "ZAPALNIK - Z walk AK i BCh na Płaskowyżu Tarnowskim w latach 1939-44" wyd. Color CB, Warszawa 1997, (stron 364).

Ranek 31 lipca 1944r. był pochmurny i mglisty. Z tego powodu mieszkańcy Jastrząbki Starej opóźniali swoje wyjście w pole, przygotowując sprzęt do żniw. Około godziny 9-tej od strony wschodniej usłyszano warkot samolotu. Samolot ten miał wyraźne problemy z utrzymaniem się w powietrzu i wkrótce "wylądował" w okolicy tzw. Oleśnicy, niedaleko Wielkich Łąk w miejscu zwanym Szyja, tuż przy granicy z sąsiadującą od północy Żarówką. W odległości 2,5 km od tego miejsca w kierunku południowym, na tych samych jastrząbskich polach tzw. Górkach, znajdował się wrak Junkersa. Obserwatorzy tego zdarzenia nie byli pewni, czyj to samolot i jak zakończyło się jego przymusowe lądowanie. Z uwagi na ukształtowanie terenu, nie był on widoczny od strony zabudowań. Front wschodni był już bardzo blisko tych terenów, coraz wyraźniej słychać było kanonadę artyleryjską, coraz częściej pojawiały się samoloty z czerwonymi gwiazdami. Wkrótce więc, w kierunku lądowania nieznanego samolotu wyruszyli wszyscy z Jastrząbki Starej, dorośli i dzieci, pieszo i na rowerach. Pierwsza grupa, złożona głównie z dorastającej młodzieży, dostrzegła w pewnej chwili lekko uniesiony ogon samolotu a na nim złowrogą swastykę. Ten widok rozwiał nadzieję że jest to, być może, samolot sojuszniczy.


Samolot Messerschmitt Bf 109E "Emil"w powietrzu.

Okazało się, że jest to niemiecki myśliwiec, Messerschmitt typu Bf 109E. Samolot wylądował na kartoflisku szorując na "brzuchu". Pilota nie było w kabinie. Dopiero po chwili pojawił się mężczyzna drobnej budowy, w stopniu kapitana, bez nakrycia głowy. Z wyraźną obawą obserwował zbliżających się ludzi. Po pierwszych nieudanych próbach porozumienia się, wytypowano z tłumu osobę znającą język niemiecki. Pilot chciał się dowiedzieć gdzie się znajduje, po której stronie frontu, jak daleko do najbliższego miasta. Z chwilą, gdy otrzymał informację, że jest po niemieckiej stronie frontu i do Tarnowa jest tylko dwadzieścia kilka km, nastąpiła gwałtowna metamorfoza: z niepewnego i grzecznego, potrzebującego pomocy - w butnego i władczego żołnierza III Rzeszy, kawalera Krzyża Żelaznego, odznaczonego za zasługi na froncie afrykańskim. Hauptmann pil. Werner zażądał podstawienia podwody celem przewiezienia go do st. kol. w Czarnej. Ponieważ nie było chętnych z grona obecnych, wytłumaczono Niemcowi, że takie polecenie może wydać tylko sołtys, ale jest w tym miejscu nieobecny. Po sołtysa pojechał na rowerze Władysław Ćwiok, ale czas mijał, sołtysa nie znaleziono i pilot coraz bardziej denerwował się. Do mediacji włączył się, przybyły na miejsce wypadku, leśniczy pobliskiego leśnictwa na Osicu Podlesia w Jastrząbce Str., mgr inż. Henryk Gadomski. Przekonano w końcu Niemca, że zamiast do Czarnej, lepiej udać się pieszo w kierunku zachodnim do odległej o dwa km szosy Tarnów - Mielec, po której bez przerwy jeżdżą wojskowe pojazdy. Pilot zasiadł za sterami, uruchomił radiostację pokładową i nawiązał łączność z lotniskiem Krzyż k. Tarnowa - takie wrażenie odniósł leśniczy Gadomski, biegle władający językiem niemieckim. Następnie pilot wybrał z tłumu trzech przewodników, którzy mieli doprowadzić go do szosy: Józefa Krzywonosa ( z niesprawną stopą), Stanisława Starzec (głuchoniemy) i gajowego J. Drożdża. Właściciela pola na którym stał samolot, 34-letniego Pawła Kawę (wujka autora książki-dop.S.C.), Niemiec uczynił odpowiedzialnym za całość samolotu. Wszystko to trwało ok. 2 godzin. Przed wymarszem, leśniczy na osobności polecił gajowemu, żeby nie podejmować żadnych wrogich czynności wobec pilota.

W międzyczasie wspomniany Władysław Ćwiok s. Floriana postanowił, wbrew ustaleniom konspiracyjnego przełożonego, zgładzić Niemca. W tym celu chciał wypożyczyć pistolet od starszego kolegi, ale ten odmówił. W związku z tym młody, zapalczywy partyzant pojechał rowerem do skrytki w leśniczówce gdzie był ukryty karabin, odzyskany z samolotu Junkers i tak uzbrojony oczekiwał na zasadzce w dogodnym miejscu w rejonie Cisowej Góry, na końcowym odcinku marszu przewodników i niemieckiego pilota. Podczas marszu Niemiec zachowywał się czujnie, mając Polaków przed sobą i trzymając pistolet w pogotowiu. Partyzant Ćwiok zatrzymał maszerujących głośnym okrzykiem "Hande hoch!" a następnie "Padnij!" (ostatnie polecenie Polacy natychmiast wykonali, włącznie z głuchoniemym). Do stojącego Niemca z uniesionymi rękoma partyzant wycelował i nacisnął spust - rozległ się jedynie suchy trzask zamka: niewypał! Po przeładowaniu - efekt taki sam! W tym momencie pilot rzucił się w krzaki i zniknął z oczu prześladowcy i przewodników. Mimo gorączkowych poszukiwań, do których przyłączyło się kilku partyzantów z niedalekiego Podlesia Żarowskiego (m.inn. Wawrzyniec Kruk), Niemiec zniknął jak kamfora.

O tych dramatycznych wydarzeniach nic nie wiedziano w gronie osób, które pozostały przy samolocie i gorączkowo naradzających się, co zrobić: czy respektować polecenia pilota?, czy wykorzystać okazję pozyskania dla potrzeb Planu "Burza" uzbrojenia myśliwca? Za przyjęciem drugiego wariantu przemawiał precedens Junkersa - mijały już trzy tygodnie od jego upadku w tym rejonie a nikt (poza mieszkańcami) nie interesował się wrakiem i jego ładunkiem. Wewnątrz myśliwca znaleziono skórzaną torbę z mundurem wyjściowym pilota i osobistymi drobiazgami. W krótkim czasie wymontowano dwa działka pokładowe (20mm) ze skrzydeł, dwa karabiny naszynowe (7,92mm) z górnej części kadłuba. Uzyskano sporą ilość amunicji, zabrano radiostację pokładową. To wszystko ukryto w konspiracyjnych kryjówkach w rejonie wsi. Niestety, pewne znaki zdawały się wskazywać, że tym razem sprawy mogą przybrać zły obrót. Już w godzinach południowych nad północno- zachodnimi polami Jastrząbki Str. pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy. W jakiś czas później trzy samoloty zataczały kręgi nad polami starając się prawdopodobnie zlokalizować samolot na ziemi. Dodatkowo nastrój grozy spotęgowało ujawnienie okoliczności próby zamachu na życie pil. Wernera.

Najbardziej zagrożony był Paweł Kawa, którego namawiano, aby ukrył się na jakiś czas. Ten jednak postanowił, że po obiedzie pojedzie na swoje pole siać grykę. Niebezpieczeństwo groziło też osobom wyróżniającym się wśród zgromadzonych przy samolocie podczas porannych wydarzeń. W pierwszym rzędzie dotyczyło to leśniczego Gadomskiego, który występował w służbowym mundurze i został potraktowany przez pilota jako przedstawiciel władzy lokalnej. Pilot Werner musiał bardzo szybko dotrzeć na lotnisko Krzyż k. Tarnowa, gdyż już o godz. 15-tej tego samego dnia wjechał gąsienicowym transporterem na teren leśniczówki w Osicu. Zaskoczenie było całkowite, jedynie gajowy Drożdż zdołał umknąć do lasu. Leśniczy oraz jego zastępca Julian Kucik zostali wsadzeni do transportera i udano się do samolotu. Widok zdemolowanego myśliwca doprowadził pilota do furii. Po rozpoznaniu przez lornetkę Pawła Kawy pracującego na sąsiednim polu, wsiadł do transportera i udał się w jego kierunku. Tam polecono nieszczęśnikowi odejść od konia i zastrzelono go serią z pistoletu maszynowego. Strzelano również do ludzi będących w pobliżu. Oprócz Pawła Kawy zginął wtedy Aleksander Możny z Jastrząbki Nowej zatrudniony u Józefa Barana. Po powrocie do leśniczówki przeprowadzono brutalną rewizję, na szczęście nie odnaleziono kryjówki. Kpt. Werner postawił ultimatum tej treści: "Do godz. 9-tej następnego dnia mają być zwrócone dwa działka 20 mm, dwa karabiny maszynowe, amunicja, radiostacja, torba skórzana z osobistym wyposażeniem. Jeśli nie - to cała Jastrząbka zostanie spalona a wszyscy mieszkańcy - rozstrzelani!". Niemiecki patrol powrócił do Krzyża zabierając ze sobą leśniczego Gadomskiego w charakterze zakładnika. Przed wyjazdem por. Henryk Gadomski (*1900) ps. "Cis" przekazał swoim podwładnym rozkaz bezwzględnego spełnienia warunków niemieckiego ultimatum.

Wieczorem i nocą nastąpiła ewakuacja większości mieszkańców Jastrząbki Str. do pobliskich lasów oraz mobilizacja wszystkich konspiracyjnych żołnierzy AK i BCh. Zebrano także wszystkie pozycje wymienione w ultimatum. Strona niemiecka również przygotowała plan wielkiej akcji pacyfikacyjnej, której rozmiar znacznie przekraczał przewidywania partyzantów. Już o godzinie 3:00 rano 01 sierpnia 1944r. z lotniska Krzyż wyruszyła ekspedycja karna złożona z kilkudziesięciu pojazdów, głównie transporterów. Przednia część kolumny w składzie czterech transporterów z dowodzącym akcją majorem Wehrmachtu, jego zastępcą kpt.Wernerem i zakładnikiem, leśniczym Gadomskim zmierzała bezpośrednio do samolotu trasą od szosy Tarnów - Mielec jak w dniu poprzednim. Środkowa i tylna część kolumny wojsk niemieckich rozpoczęła represyjne działania już od Wesołej do Wyręby Jastrząbki Nowej aż do cypla Podlesia. Mieszkańcy tych miejscowości nie spodziewali się, że dotkną ich jakieś represje za wydarzenia, które rozegrały się kilka km od nich. O tym, że była próba zamachu na pilota w ich rejonie prawdopodobnie nie wiedzieli. Żołnierze niemieccy na początek spalili dwa gospodarstwa w Jastrząbce Nw. (Antoniego Cichonia i Józefa Pluty). Schwytanych mieszkańców doprowadzano do szkoły a zabudowania Podlesia systematycznie palono. Spalono 30 gospodarstw (80 budynków). Grupa czterech transporterów, które dotarły do wraku Messerschmitta była pilnie obserwowana przez ukrytych partyzantów gotowych do akcji w przypadku drastycznego zaostrzenia sytuacji. Pilot Werner dokładnie sprawdził zgromadzone przy samolocie uzbrojenie, sprzęt, amunicję i torbę z osobistymi rzeczami. Rzeczy osobiste i amunicja zostały przeniesione do transportera, natomiast dwa działka i radiostację włożono do wraku. Samolot obłożono snopkami zboża, oblano benzyną i podpalono. Następnie ta grupa ekspedycyjna wyruszyła do Dolnego Końca Jastrząbki rozprawić się z sołtysem Janem Gońko, który ośmielił się zlekceważyć wezwanie pilota dzień wcześniej. Również w dniu dzisiejszym, co zrozumiałe, w zabudowaniach sołtysa nie było żywej duszy - spalono mu więc stodołę, szopę i oborę. Następnie pilot postanowił ukarać Krzywonosa, jednego z wczorajszych przewodników. Zabudowania też były puste, ale w tym przypadku Niemiec dał się ubłagać i odstąpił od zamiaru spalenia chałupy. Niemcy długo rechotali rozbawieni faktem, że w rodzinie Józefa Krzywonosa jest 17 dzieci. Leśniczy Gadomski postanowił w tym momencie zmienić wrogie nastawienie oficerów relacjonując przebieg, zresztą zgodnie z prawdą, niedawnej pomocy udzielanej przez miejscowych ludzi ofiarom katastrofy transportowego Junkersa, którego wrak był doskonale widoczny za zabudowaniami Krzywonosa. Dowództwo akcji uznało, że sprawiedliwość została wymierzona i grupa transporterów udała się do szkoły, po drodze raniąc Władysława Saka tylko dlatego, że zaczął uciekać na widok niemieckich żołnierzy. Do zgromadzonych zakładników, z trwogą oczekujących zapowiadanej przez Niemców kaźni, przemówił kpt. pil. Werner oznajmiając z satysfakcją, że warunki ultimatum zostały spełnione i Armia III Rzeszy wspaniałomyślnie daruje im życie.

Streszczenia dokonał: Stanisław Cichoń
Kłodzko

Autor książki - Aleksander Kabara s. Pawła urodził się w Jastrząbce Starej w 1926r. Ukończył Szkołę Mechaniczną w Dębicy w 1943r. Od czerwca 1943r. był żołnierzem - strzelcem ps. "Grom" 1 plutonu AK Placówki Zassów - "Zapalnik". W kwietniu 1945r. wstąpił ochotniczo do Wojska Polskiego. W czasie 36 letniej czynnej służby w wojskach inżynieryjnych (saperskich) dowodził pododdziałem, oddziałami i jednostkami inżynieryjnymi, m.in. 1 Warszawską Brygadą Pontonową w Brzegu n. Odrą. Dowodził nimi także podczas akcji rozminowania, przeciwpowodziowych i przeciwlodowych oraz przy budowie dróg i mostów - na rzecz społeczeństwa i gospodarki narodowej. W 1960 r. ukończył Politechnikę Warszawską (Wydział Komunikacji). Płk mgr inż. Aleksander Kabara zakończył zawodową służbę wojskową w 1980r. Żołnierzem zawodowym był również jego brat - płk dypl. Walerian Kabara. Autor zbierał materiały do swojej książki od 1974r. w formie wspomnień pisemnych, pamiętników i zapisów rozmów z uczestnikami wydarzeń okupacyjnych na terenie gminy Czarna i Zassowa. Posiłkował się innymi wydawnictwami o podobnej tematyce, m.in. książką "Gdzie Karpat progi" autorstwa Antoniego Stańki, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1984 i 1990r. Pierwsze opracowanie w niewielkim nakładzie, w 1994r. zostało udostępnione żołnierzom Placówki AK Zassów, niektórym instytucjom lokalnym gmin Czarna, Żyraków i Dębica oraz innym osobom w celu zebrania uwag. W efekcie tych wszystkich zabiegów powstała książka - dokument historyczny, który czyta się jednym tchem. Książka ta oddaje wiernie obyczaje i ludzkie zachowania tamtych lat, będących wielkim sprawdzianem patriotyzmu i człowieczeństwa. Jest hołdem i wyrazem uznania dla żołnierzy - partyzantów walczących z niemieckim okupantem o wolność i godność.

Moja wieś - Żarówka jest wspomniana tylko fragmentarycznie (inna gmina, inny powiat), ale nie stanowi to przeszkody, aby "zza miedzy" pasjonować się z dokonaniami i życiem sąsiadów z południowej strony.

W książce i streszczeniu używane są nazwy historyczne miejscowości, obowiązujące do 1975r. Obecne nazwy to: Stara Jastrząbka (dawniej Jastrząbka Stara), Nowa Jastrząbka (dawniej Jastrząbka Nowa), Zasów (dawniej Zassów), Stary Jawornik (dawniej Jawornik Stary).

Z książką zapoznałem się dzięki uprzejmości Pani Smagacz, wdowy po Antonim Smagaczu (1922-2001), ps. "Laska", strzelcu drużyny "Olszyny" BCh w Jastrząbce Starej, mieszkańca Złotego Stoku od 1945r.

Stanisław Cichoń

Zobacz również:
Zrzut broni - opracowanie na podstawie książki Aleksandra Kabary p.t. "ZAPALNIK ..."
Lądowanie samolotu Ju 352 "Herkules" - opracowanie na podstawie książki Aleksandra Kabary p.t. "ZAPALNIK - Z walk AK i BCh na Płaskowyżu Tarnowskim w latach 1939-44" wyd. Color CB, Warszawa 1997, (stron 364)
Wspomniane wojenne