ill titleWywiad z Władysławem Kużdzałem cz.2

Przeprowadził Stanisław Cichoń. Dnia 27 listopada 2004 r. Sosnowa

Część I - Żarówka


Stanisław Cichoń (*1941): Panie Władysławie, spotykamy się w bezpośredniej rozmowie po bardzo długiej przerwie. Pamiętam, że zawsze był pan wesoły, skory do żartów, życzliwy dla innych, uczynny. Można tych zalet wymieniać sporo i nie jest to tylko okolicznościowa laurka. Krótko mówiąc, wszyscy pana lubią i szanują. Jest pan obecnie jednym z najstarszych wiekiem mieszkańców Żarówki, którzy wiosną 1945r. zdecydowali się wyjechać na Ziemie Odzyskane zachęceni do tego przez PKWN. Mam nadzieję, że zgodzi się pan przybliżyć światu tamte wydarzenia? Wyjaśnię bliżej, bo widzę lekkie zdziwienie, mam zamiar opublikować naszą rozmowę w Internecie na stronie poświęconej Żarówce i pobliskich miejscowości. Są tam zamieszczane przeszłe i najnowsze wydarzenia na tym terenie czytają to i oglądają ludzie na całym świecie! Kilka dni temu np. ukazała się tam notka o pilocie z Żarówki por. Wawrzyńcu Czapidze, który zginął w listopadzie 1963r. Czy słyszał pan o nim?

Władysław Kużdżał (*1917): Słyszałem, znany oblatywacz. Często latał nad Żarówką a pikując nad Ługiem straszył pasące się tam krowy.

S.C.: Z tego, co słyszę wnioskuję, że przed ukończeniem w wieku 26 lat wojskowej Szkoły Orląt był pilotem sportowym lub absolwentem Politechniki Rzeszowskiej, zatrudnionym w zakładach lotniczych w Mielcu. Skąd taka znajomość powojennego życia w Żarówce?

W.K.: Często odwiedzam tamte strony. Ostatnio byłem we wrześniu na obchodach 100-lecia figury NMP ufundowanej przez Wacława Pułę i Piotra Kulkę. Był biskup, dużo ludzi, mam ciekawe zdjęcia z tej uroczystości.

S.C.: W historii Żarówki, tej opisanej na podstawie różnych danych, częściowo ukazanej w Internecie, są fakty i zdarzenia mające mocne udokumentowanie. Ale są też białe plamy. Niektóre wydarzenia są skwitowane jednym zdaniem. Każdy opis naocznego świadka jest cenny, bo pozwala porównać różne wersje zdarzeń i uzupełnić je, dając w efekcie prawdziwy obraz historyczny. Mój ojciec opisując I Wojnę Światową (miał wtedy kilkanaście lat) dokonywał automatycznie porównania z II Wojną Światową. Intrygowało go np., dlaczego przebieg linii frontu (okopów i umocnień) był niemal identyczny. Czy tak było?

W.K.: Faktycznie tak było. Pozostałości umocnień ziemnych i okopów jeszcze wiele lat po I Wojnie były terenem zabaw i "wykopalisk" dla dzieci. Znajdowaliśmy tam łuski po nabojach broni strzeleckiej, trafiały się nawet całe naboje. Pewnego razu znaleźliśmy na Kopieńcu pod warstwą piasku... konserwę mięsną. Została otwarta przez nas i zjedzona - była dobra!

S.C.: Czy zaczął pan chodzić do szkoły w wieku 7 lat?

W.K.: Tak, w 1924r. rozpocząłem naukę w szkole podstawowej i była to już szkoła 5-cio klasowa.

S.C.: Jest pan pewien?

W.K.: Tak. Wiem na pewno, że przed wybuchem kolejnej wojny, w Żarówce była szkoła 7-mio klasowa. Mój ojciec, Józef, wchodził w skład Rady Szkolnej, czyli komitetu organizacyjnego budowy szkoły w 1919r. Na zebraniu wsi gdzie omawiano ten problem, najbardziej przeciwko budowie szkoły wypowiadał się Wacław Puła. Jednak podjęto decyzję, wyznaczono składkę od każdej morgi, przywieziono w częściach zakupioną karczmę a po jej przeróbce i zmontowaniu, powstała szkoła z dachem pokrytym czerwoną dachówką.

S.C.: Powiedział pan "Wacław Puła", czy to ta sama osoba, co ufundowała figurę?

W.K.: Tak, ten sam Wacław Puła.

S.C.: Jestem zaskoczony tym, co usłyszałem, ponieważ Wacław i Jan Puła to bracia mojego dziadka, Feliksa Puły. Podobno byli to ludzie wykształceni, których nie trzeba było przekonywać do konieczności budowy szkoły. Wacław był pielgrzymem, zwiedził kawał świata. Czym uzasadniał swój sprzeciw?

W.K.: Tak, był pielgrzymem w drewniakach i podczas jego pieszych wędrówek do Rzymu zdarzało się, że był obrzucany kamieniami przez grupy wyrostków.

S.C.: Znał pan osobiście Wacława i Jana Pułę?

W.K.: Znałem dość dobrze. Obaj bracia, kawalerowie, mieszkali obok szkoły na parceli zajmowanej później przez Rozalię (z d. Puła) i Piotra Jańca. Jan był niepozornym człowiekiem, słabego zdrowia, miał skrzywienie kręgosłupa. W odróżnieniu od swoich braci nie był wierzącym, przynajmniej tak zachowywał się przed śmiercią. W latach 30-tych rozdał dla dziesięciu mieszkańców Żarówki średnio po 3 morgi ziemi. Moja matka też dostała prawie 3 morgi. Następnie Jan "pomieszkiwał" u swoich darbiorców kolejno po miesiącu lub dłużej. Wkrótce mocno zachorował. Wezwany przez gospodarzy ksiądz został przez Jana zignorowany i nie przyjął Ostatnich Sakramentów. Był to rok 1935. Pochowany został w wydzielonej części cmentarza w Zdziarcu.

S.C.: Morga austriacka, bo chyba o takiej mówimy, była równa powierzchni nieco ponad 0,57 ha. Na tamte czasy były to spore kawałki ziemi, wniosek z tego, że wiele rodzin w Żarówce mogło dziękować niebiosom, że taki ofiarodawca się znalazł. Czy bracia Pułowie byli bogaci?

W.K.: Z pewnością mieli dużo pieniędzy. Podobno w rozmowie z biskupem tarnowskim, któremu nie podobał się pomysł budowy kościoła w Żarówce, na pytanie: a skąd wziąć pieniądze? Wacław odpowiedział: "Pieniądze są w banku w Tarnowie, dwa worki!".

S.C.: Mój dziadek, Feliks, zapisał każdemu ze swoich dzieci po 6 morgów ziemi i bodajże dwie morgi lasu (w tzw. Borze). Wynika z tego, że bracia podzielili się równo swoim majątkiem. Jakie były koleje losu Wacława?

W.K.: Wacław postąpił podobnie i chyba w tym samym czasie rozdał swoją ziemię, głównie mieszkańcom Przerytego Boru po 3 morgi gruntu, kilka osób z Żarówki też dostało podobne działki w "zdziarskim" lesie. Prawdopodobnie pozostało mu jeszcze trochę pieniędzy, bo "życzliwi" ludzie z Radomyśla ... ożenili go z pewną młódką o niezbyt dobrej reputacji, znanej paru kawalerom z Żarówki bardzo osobiście. Wacław miał już 70 lat. Efekt tego był taki, że już po roku małżeństwa zaczęli się pojawiać "przyjaciele pani domu". Żona Wacława z kolejnym adoratorem wyjechała do Paryża i tam wkrótce zginęła potrącona przez samochód. Wacław do końca życia chodził w tym samym płaszczu, coraz bardziej sfatygowanej "ślubnej szacie" jak to sam określał. Zmarł podczas okupacji.

S.C.: W dokumentach kościelnych parafii Zdziarzec nazwisko Puła występuje na początku XIX w. 7 Trudno jednak "przypisać" braci Pułów do rodzin o tym nazwisku mieszkających na tym terenie. Poza tym, że ich ojciec miał na imię Marcin nic więcej nie wiadomo. Podobno pojawili się "skądś", czy jest to prawdopodobne?

W.K.: Prawdopodobnie tak było. Kiedyś poszedłem w jakiejś sprawie do Jana i widziałem na stryszku ich domu poukładane stosy grubych, oprawionych książek. Było ich naprawdę bardzo dużo! Wtedy też zwracając się w mojej obecności do Wacława, mówił w języku, którego ja w ogóle nie rozumiałem. Myślę, że to było esperanto, nawet jestem przekonany, że to był język esperanto.

S.C.: Teraz mnie pan zaskoczył zupełnie! Muszę to później sprawdzić, czy jest to możliwe. Dokończmy jeszcze sprawy związane ze szkołą. W naszym domu (nr 157), rozebranym w 1990 r., we wschodnim skrzydle z osobnym wejściem, mieszkała przed wojną i podczas okupacji nauczycielka Janina Płatek. Była panną, pochodziła z Mszany Dolnej. Czy byli inni nauczyciele?

W.K.: Oczywiście, była druga nauczycielka, która mieszkała u Pulaka, później u Tabora. Był kierownik szkoły, pan Zieliński.

S.C.: Nauczycielka Janina Płatek przyjaźniła się z najmłodszą siostrą mojego ojca Julią Kaczor, dobrze się czuła w naszym domu. Pani Janina przy rozstaniu w czasie wysiedlenia obiecała ojcu, że da znać o sobie po przejściu frontu. Niestety, nigdy już nie było od niej wiadomości. Ojciec po latach domyślał się, że mogła być związana z podziemiem. Kiedyś w 1943r. gościła dwóch obcych panów. Zostali oni odwiezieni zaprzęgiem konnym przez ojca na stację kolejową w Czarnej. Zabrał się z nimi na przejażdżkę mój starszy brat, Tadeusz. Czy można wysnuć taki wniosek, że nauczycielka Płatek podczas okupacji była np. łączniczką jakiejś organizacji zbrojnej?

W.K.: Jest to bardzo prawdopodobne. Dobrze znałem Aleksandra W. z Janowca, który często przyjeżdżał do niej na rowerze. Że on był w konspiracji to jestem pewien na 100%. Pewnego razu koło Nieczajny, to było podczas wysiedlenia, spotkałem Aleksandra omawiającego jakieś sprawy organizacyjne z barczystym, rudym mężczyzną. Prawie rok wcześniej miałem nieprzyjemność spotkać tego człowieka na weselu Jasiny. Wtedy to ów mężczyzna, tytułowany przez towarzyszących mu uzbrojonych ludzi "Panem Komendantem" wymierzał "sprawiedliwość" sołtysowi Tomaszowi Czapidze, po wcześniejszym rozpędzeniu weselników. Czy wygłaszał jakąś formułkę w czyim imieniu to robi - nie wiem, ponieważ znalazłem się w środku wydarzeń w sposób gwałtowny i po trzeźwemu na pewno tego bym nie zrobił. Było dobrze po północy. Odpoczywając po toastach na stercie drzewa koło domu weselnego zasnąłem. Obudziły mnie strzały karabinowe, tumult, wrzaski uciekających na wszystkie strony ludzi. Jak zorientowałem się w sytuacji, postanowiłem udzielić pomocy tym, co zostali wewnątrz, w izbie, z której dochodziły krzyki. Miałem przy sobie tylko nóż i tak uzbrojony wpadłem do środka, ale tutaj natychmiast dostałem uderzenie lufą karabinu w pierś od jakiegoś "leśnego". Komendant w tym czasie był "zajęty" sołtysem. Na jego pytanie, co się dzieje, ten, który tak dotkliwie ostudził moją chęć walki odkrzyknął: "Jakiś pijak!". Obiecano mi, że będę później wybadany. Szybko trzeźwiałem siedząc na ławie pod ścianą. Byli to obcy ludzie, ale dobrze przyjrzałem się komendantowi, który okładał brzozowym palikiem naszego sołtysa. Wyczekiwałem tylko dogodnego momentu, aby szybko opuścić to miejsce. W chwili, gdy pilnujący mnie człowiek zajął się pakowaniem placków weselnych, rzuciłem się do ucieczki. Udało się, strzelano za mną, ale było ciemno. Moja ucieczka przez krzaki spowodowała popłoch wśród ukrywających się w nich, rozpędzonych wcześniej gości. Krótko mówiąc - wesele było udane. Niektórzy weselnicy musieli chyba wracać do własnych domów dość późno, bo Jasina chwalił się, że jego wesele trwało 2 tygodnie!

S.C.: Niewiele jest takich relacji w Internecie. Brak jest opisów "od środka" zdarzeń, relacji bezpośrednich uczestników wojennych dramatów. W tym momencie nasza rozmowa dotyka już najbardziej tragicznych wydarzeń II Wojny Światowej, pełnej ludzkich nieszczęść i tragicznych pomyłek. Wojna obronna 1939 r. trwała krótko w Żarówce. Nastał czas okupacji, terroru, polowania na ludzi. Które wydarzenia okupacyjne najbardziej utkwiły panu w pamięci?

W.K.: Mieszkańcom Żarówki najbardziej dał się we znaki komendant "granatowej" policji w Radomyślu nazwiskiem Bielak. Był bezwzględnym tropicielem i likwidatorem osób pochodzenia żydowskiego. Podczas jednej akcji pościgu za dwojgiem młodych Żydów uciekających z Boru w kierunku Kopieńca, niedaleko szkoły, obok zabudowań Piotra Jańca, Bielak osobiście zastrzelił młodego mężczyznę (ok. 30 lat) oraz dziewczynę (ok. 16 lat). Ich losu o mało co nie podzielił Wojciech Puła, który w tym czasie poprawiał coś na dachu Piotrowej stodoły i nie reagował na polecenia Bielaka, aby łapać uciekających. Po wojnie Wojciech był świadkiem na procesie zbrodniarza w Tarnowie.

S.C.: Wojciech Puła, mój wujek, jest byłym właścicielem ziemi, na której stoi obecnie kościół filialny. O tym, że ten plac postanowił ofiarować Kościołowi z chwilą wyjazdu na "Zachód", mówiło się w naszym domu zawsze. Natomiast opisane przez pana wydarzenie uzupełnia moją wiedzę o "ujku Wojtku", z którym przez całe dzieciństwo spotykałem się niemal codziennie. W opisanej historii budowy kaplicy - kościoła filialnego jest zapis, że Wojciech sprzedał ten grunt. Czy to możliwe?

W.K.: Raczej nie, Wojciech nie miał tajemnic przede mną i nigdy nie mówił, że zmienia swoje postanowienie sprzed lat.

S.C.: Wracając do tematu prześladowań hitlerowskich; takich bestialskich akcji było więcej?

W.K.: W innym "polowaniu" oprócz Bielaka udział brali Gestapowcy z Mielca. Prawdopodobnie mieli "namiary" na ziemną kryjówkę rodziny żydowskiej w sośninie na skraju Kopieńca. Była to rodzina o nazwisku Gimpel oraz trzech nieznanych mężczyzn. Zamordowano na miejscu 7 osób. Wspomniany przed chwilą plac gdzie obecnie stoi kościół, o mało co nie stał się miejscem większej tragedii. Było to chyba w 1942r., kiedy jeden z przedwojennych miejscowych myśliwych zapolował na zająca. Wystrzał zaalarmował Niemców, którzy nabrali przekonania, że w wiosce ukrywają się partyzanci. W czasie, gdy przeczesywano pobliskie lasy, ludziom spędzonym z okolicznych domów w to miejsce zapowiedziano, że będą rozstrzelani natychmiast, jeżeli rozlegną się odgłosy walki. W pewnej odległości ustawiono karabin maszynowy z obsługą w gotowości bojowej. Na szczęście partyzantów w okolicy nie było. 45-letni sprawca tego zdarzenia o szczęśliwym zakończeniu ubolewał jedynie, że "zając był mały - na Róży są większe".

S.C.: Tego wydarzenia z oczywistych względów nie pamiętam, natomiast dokładnie taki sam opis słyszałem od mojego brata Tadeusza. Nie wiedzieliśmy tylko, że winny był zając... W lipcu 1944r., kiedy zaczęło się wyzwalanie wschodnich terenów Polski, nadzieja na szybkie wyzwolenie nabierała realnego kształtu. Niemiecka 17 Armia w odwrocie operowała w tym rejonie. Czy były jakieś przygotowania z ich strony w postaci budowy umocnień, transzei i punktów oporu w okolicy naszej wioski?

W.K.: Nie było takich przygotowań. Nikt nie spodziewał się, że wkrótce przez środek wsi przebiegać będzie linia rozgraniczająca walczące strony a szerokość "ziemi niczyjej" będzie wynosić w niektórych miejscach tylko 50 m. Ludzie liczyli się z koniecznością opuszczenia domów, ale nikt nie przypuszczał, że potrwa to aż 5 miesięcy. Pamiętający I wojnę przewidywali, że będzie podobnie, czyli kilka dni.

S.C.: Czy była zmiana w zachowaniu się niemieckich żołnierzy, którzy bez przerwy przemieszczali się teraz w kierunku zachodnim, czasem kwaterując w Żarówce?

W.K.: Zmiana była wyraźna, niektórzy wręcz ostrzegali nas, aby z tych terenów uciekać, bo zapowiada się wielka bitwa. Starsi wiekiem w bezpośrednich rozmowach nie kryli niechęci do Hitlera. Niektórzy dobrze mówili po Polsku.

S.C.: Podobno było zarządzone wysiedlenie ludzi z Żarówki w sierpniu 1944r. Jeżeli tak, to kiedy i przez kogo było ogłoszone?

W.K.: Nie było żadnego zarządzenia, każda rodzina podejmowała decyzję według własnej oceny sytuacji. Niektórzy zrobili to parę dni przed środą 23 sierpnia, ostatni uciekali w tym dniu, część nie zdążyła. Niektóre rodziny pogubiły się, część uciekała na wschód, większość na zachód.

S.C.: Z opowiadań mojego kuzyna, Jana Puły (*1923) wiem, że ich rodzina była w takiej sytuacji. Wybuch pocisku artyleryjskiego zabił jego 12-letniego brata, Ludwika obok domu. Jan z bratem Aleksandrem uciekali na wschód, reszta na zachód. Pogubili się tak, że ich matka Katarzyna wróciła ze Szczurowej dopiero w maju 1945r. - rodzina już straciła nadzieję. Kuzyn Janek opisując swoją wyprawę w kierunku wschodnim wspominał, że szczególnie zaciekłe walki toczono pod Radomyślem, który był kilka razy odbijany przez Niemców. Taki punkt oporu z pewnością spowalniał tempo natarcia sąsiednich oddziałów i to być może, przyczyniło się do tego, że front zatrzymał się akurat w Żarówce. Podobno dowodzący obroną Radomyśla kpt. Wehrmachtu, który desperacko wysyłał swoich żołnierzy do kolejnego kontrataku, zginął od kul swoich podwładnych. Kiedy pan podjął decyzję o ucieczce z ostrzeliwanej, coraz bardziej zagrożonej Żarówki?

W.K.: Pamiętam nawet dzień, to była niedziela, czyli 20 sierpnia. Wyruszyłem tylko z żoną (byliśmy młodym małżeństwem) pieszo w kierunku Ługu. Zabraliśmy ze sobą krowę i cielaka. Nasza podróż polnymi drogami przez Podlesie, Jastrząbkę, z wieloma niebezpiecznymi sytuacjami trwała 2 dni. W końcu zatrzymaliśmy się w Nieczajnie. Tam zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek przez starsza kobietę i ...zostaliśmy w jej domu aż do wyzwolenia.

Mapa
Mapa ok. 20 sierpnia 1944. 78. Sturm-Division. Gren-Div broniło Radomyśla Wielkiego, a 1/3 tej dywizji znajdowała się w rejonie Dębicy i wspierała 544. Gren-Div. Oddziały niemieckie trafiły na nią bardzo ciężkie ataki wojsk sowieckich, których ostatecznie nie udało sie odeprzeć. Mapa
Mapa 23-24 sierpnia 1944. Od 23/24 sieprnia linia frontu przesunęła się zachód. Radomyśl Wielki był już po stronie sowieckiej. Wojska niemieckie utrzymały front pod Dębicą gdzie kontratakowano rezerwami (w tym najpewniej oddziałami 78. Gren-Div).
Mapy i komentarz do nich ze strony: http://www.dws.org.pl/

S.C.: Nasza rodzina (nie znam dokładnej daty), wyruszyła również na Ług zaprzęgiem konnym. Zatrzymaliśmy się na 1 dzień u Piotra Prygi, następnie podobną trasą, przez Smyków, z przygodami w postaci bardzo bliskiego wybuchu bomby lotniczej, ostrzelania przez samolot (też niecelnie), zatrzymaliśmy się koło kościoła w Nieczajnie Górnej. Wszędzie pełno ludzi szukających miejsca dla siebie. W pewnej chwili zaproponowano moim rodzicom schronienie w domu Hanny Wieśniaczki - jej dorastająca córka wstawiła się za nami, gromadką maluchów. Nastąpiła jak wiadomo, przerwa w działaniach ofensywnych na długie miesiące. Na pierwszej linii frontu a więc w Żarówce trwały walki pozycyjne. Jak było w Nieczajnie odległej w prostej linii ok. 10 km?

W.K.: Cały czas towarzyszyła nam wojna, były naloty bombowe. Obok cmentarza stały działa przeciwlotnicze. W nocy niebo było przeczesywane reflektorami. Widzieliśmy efektowne walki powietrzne. Podziwialiśmy umiejętności pilotów zwykłych "kukurużników", którzy wychodzili cało nieraz w beznadziejnych sytuacjach. Ludziom doskwierał głód, warunki do życia z uwagi na ciasnotę były bardzo trudne. Niemcy rekwirowali zwierzęta, zwłaszcza konie na potrzeby swojej armii. Pracowaliśmy przymusowo pod nadzorem Niemców, rozbudowując różne umocnienia w pobliżu. Zmarło wiele osób, także z Żarówki.

S.C.: Nadszedł wreszcie dzień 13 stycznia 1945r. (sobota) - dzień wyzwolenia całej Żarówki. Zgodnie z regułą, po przygotowaniu artyleryjskim, prawdopodobnie o świcie żołnierze Armii Czerwonej ruszyli do ataku. Powinni w tym samym dniu dotrzeć do Nieczajny, czy tak było?

W.K.: Dokładnie tak. Po większych niż zwykle odgłosach walki i gorączkowej krzątaninie Niemców, wczesnym popołudniem okazało się, że oddziały niemieckie znikły z pola widzenia. Nastała cisza, nic się nie działo. Wystraszeni ludzie bali się wychodzić z domów. Około 15-tej wyszedłem ostrożnie na skraj wioski i w pewnej chwili ukazał się żołnierz radziecki w uszance na głowie, ubrany w kufajkę, pepesza przewieszona przez pierś, osmalony jak diabeł. Szedł pewnie w moim kierunku. Stałem nieruchomo, żeby nie było nieszczęścia i po chwili był przy mnie. Z gestem powitania zapytał "Kuda Berlin?". Zaskoczony pytaniem odpowiedziałem, że nie wiem, ale "Tarnów jest tam"- wskazałem kierunek. Pokręcił przecząco głową, wyjął mapę z mapnika, upewnił się, że idzie w dobrym kierunku i po chwili zniknął.

S.C.: Czy miał ubezpieczenie, czy pokazali się inni żołnierze?

W.K.: Był sam, byłem tym zdziwiony, bo sprawiał wrażenie jak by szedł podczas pokoju trasą turystyczną. Wróciłem szybko do swoich informując, że spotkałem pierwszego Rosjanina. Ludzie zaczęli coraz śmielej wychodzić z ukryć. Po niedługim czasie pojawili się kolejni żołnierze, było ich bardzo dużo. Maszerowali dalej w kierunku pobliskiej Dąbrowy Tarnowskiej. W następnych dniach przemieszczały się różne oddziały i tabory. Niektóre stacjonowały we wsi. Dziwiło nas wszystko: zły stan mundurów, obuwie różnego typu lub jego brak, część karabinów na sznurkach... W taborach mieli zupełnie inaczej skonstruowane wozy, konie innej rasy - mniejsze od naszych. Ktoś nawet skomentował ten obraz słowami "Matko Boska! Przed kim ci Niemcy uciekają?"

S.C.: Ale przynieśli wolność i to było w tym momencie najważniejsze?

W.K.: Z pewnością, tą świadomość mieli wszyscy. Zaskoczył nas również ich entuzjazm, nie użalali się nad swoim losem. Dla nich najważniejszym celem było dopaść Hitlera w Berlinie!

S.C.: Domyślam się, że wszyscy myśleli o powrocie. Jak się to odbyło?

W.K.: W dwa dni po wyzwoleniu wyruszyłem sam w kierunku Żarówki. Był lekki mróz, ziemia przyprószona śniegiem. Po dojściu do szosy Tarnów - Mielec maszerowałem w kierunku swojej wsi. Im bliżej celu tym bardziej było niebezpiecznie, pełno było porozbijanego sprzętu wojskowego i cywilnego. Zabici ludzie i zwierzęta, widoczne miny, zapory kolczaste. Za Janowcem, już blisko wsi zauważyłem patrol rosyjski, który drogą polną zmierzał w moim kierunku. Żołnierze ostrzegli mnie, że jest tam bardzo niebezpiecznie i powinienem zawrócić. Jednak poszedłem dalej po śladach, które zostawili i w końcu dotarłem do celu. Niestety, mojego domu nie było. Domy sąsiadów Pulaka i Drąga spalone, dom Kolaka miał wyciętą jedną ścianę (trzymano tam konie), dopiero dom Stanisława Słowika nadawał się do tymczasowego zamieszkania. Niedaleko miejsca gdzie stał mój dom znalazłem ciało Jana Frankowicza, dziadka mojej żony. Babcię Teresę z d. Motyka odnalazłem później na pobliskim polu w kopce zboża. Przypuszczam, że oboje postanowili pozostać na miejscu i ukryli się w zbożu w pobliżu domu. Być może, że dziadek szedł po coś do domu i wtedy dostał kulą w plecy. Upadł twarzą do ziemi i tak leżał tyle miesięcy. Babcia zginęła chyba od odłamka pocisku artyleryjskiego. Moich bliskich pochowałem w tymczasowym grobie wykorzystując resztki szafy. Oprócz ciał moich krewnych leżały zwłoki żołnierzy rosyjskich i niemieckich.. W rowie przy wjeździe na podwórko leżał Niemiec w pełnym rynsztunku. Przeciągnąłem go na drugą stronę drogi i tam, w leju po bombie, pochowałem. Przez następne dni porządkowałem otoczenie swojego gospodarstwa. Nie ruszałem jedynie żołnierza rosyjskiego, który leżał na ręcznym karabinie maszynowym. Przez dwa dni byłem sam, dopiero później zaczęli pojawiać się niektórzy z sąsiadów. Po tygodniu wróciłem do Nieczajny po żonę.

S.C.: Opowiada pan rzeczy wstrząsające i trudne do wyobrażenia. Nie wiem czy wielu ludzi mogłoby w takiej sytuacji cokolwiek zrobić. Czy dobrze zrozumiałem, że cywile, którzy zginęli jeszcze w sierpniu leżeli cały czas wewnątrz strefy gdzie przebywały oddziały rosyjskie?

W.K.: Teren był na pewno cały czas pod ostrzałem i to był chyba zasadniczy powód, że ich nikt nie pochował.

S.C.: W innych miejscach, jak chociażby w Nieczajnie zaczęło się toczyć w miarę normalne życie, a w Żarówce nie było widać końca okropnościom wojny. Jak w skrócie przebiegał proces przywracania wsi do życia?

W.K.: Podobnie jak ja, wkrótce zaczęli z różnych stron zjawiać się bliżsi i dalsi sąsiedzi. Każdy sam oceniał jak przywrócić swoją zagrodę do użytku, jeżeli była tylko uszkodzona. Głównie młodsi wiekiem rozpoczęli natychmiast usuwać miny i niewybuchy. Było głośno i co oczywiste, często tragicznie. Ludzie myśleli też o zbliżającej się wiośnie i potrzebie obsiania przynajmniej kawałka pola. Natychmiastowej fachowej pomocy nie było - saperzy z Dębicy pojawili się dopiero późną wiosną.

S.C.: To zgadza się całkowicie z relacją wspomnianego już Janka Puły. Razem z bratem Aleksandrem oczyścili z min i pocisków rejon pozostałości zabudowań a następnie zabrali się za pobliskie pola. Każdy nowy typ miny dokładnie oglądali, starali się zrozumieć zasadę jej działania. Mieli ułatwione zadanie, bo nie było jeszcze trawy. Doskonale widać było odciągi do zapalników min przeciwpiechotnych, lekkie pagórki sugerowały obecność innego typu min. Efekt ich pracy był imponujący. Kiedy przyjechali polscy saperzy na akcję rozminowania, oficer dowodzący nimi był zdumiony, że nie ma min na polach minowych, które on ma zaznaczone na mapie! Kończąc ten "wybuchowy" temat, wróćmy do ofiar po jednej i drugiej stronie walczących armii. Kto i kiedy ekshumował poległych żołnierzy radzieckich?

W.K.: Żołnierzy tych ekshumowały oddziały rosyjskie jesienią 1945r., ale nie wiem gdzie jest ich cmentarz wojenny. W tym czasie byliśmy już na Dolnym Śląsku.

S.C.: Orientując się trochę w ogólnych sprawach dotyczących tego zagadnienia mogę powiedzieć, że w innych armiach zasadą było i jest to, że w ślad za wojskami atakującymi podążają pododdziały różnie nazywane, ale mające jedno zadanie: wyszukiwanie, identyfikacja i grzebanie poległych w tymczasowych lub stałych mogiłach, odpowiednio zabezpieczonych i udokumentowanych. Np. w I Wojnie Światowej w armii austriackiej od początku funkcjonowały Oddziały Grobów Wojennych. W jednym z takich oddziałów służył zmobilizowany w stopniu rotmistrza ułanów malarz Wojciech Kossak. Na powstających cmentarzach wojennych chowano w oddzielnych kwaterach poległych obu walczących stron. Można wysnuć wniosek, że w II Wojnie Światowej na froncie wschodnim takie humanitarne, rycerskie zasady, (jeżeli takie określenia w ogóle mogą być tu użyte) nie obowiązywały. W Żarówce na pewno nie!Zresztą zgodnie z prawdą to Niemcy narzucili takie barbarzyńskie reguły gry. Czy tak?

W.K.: Z pewnością. Wracając do swojej wsi musieliśmy wykonać ten smutny obowiązek tymczasowego pochówku zabitych ludzi. Władzą, która była na miejscu "od zaraz" był sołtys. On podejmował decyzje, co do pochówku poległych, zwłaszcza leżących na terenach dalszych od zabudowań i nikt później tego nie kwestionował. Przypuszczaliśmy, że w swoim czasie będą poszukiwani przez ocalałych kolegów w tych właśnie miejscach. Opiszę jeden z takich pochówków. Pewnego dnia pod koniec lutego, sołtys T. Czapiga polecił mnie i dwom przydzielonym do pomocy, dokonać pochówku 7 żołnierzy radzieckich na Kopieńcu. Byli to bardzo młodzi chłopcy, zwłoki były już sczerniałe. Tylko przy jednym znaleźliśmy dokumenty, które w pudełku zakopaliśmy pod prowizorycznym krzyżem na jego mogile.

S.C.: Celowo nie pytałem dotychczas o to, co stało się z pochowanymi przez mieszkańców Żarówki żołnierzami niemieckimi, ponieważ znam odpowiedź!Otóż w latach 50-tych jako kilkunastoletni chłopak pojechałem po raz pierwszy do rodzinnej wsi na wakacje do Katarzyny i Józefa Pułów. Było to dla mnie ekscytujące przeżycie, przecież byłem w miejscu, o którym rozmawiali cały czas rodzice i odwiedzający nasz dom w Sosnowie goście. Miejsce, z którego zapamiętałem tylko kilka epizodów. Wszędzie były widoczne małe pryzmy ziemi. Że są to groby świadczyły proste, drewniane krzyże, na wielu z nich były zawieszone hełmy stalowe, na niektórych były ślady uszkodzeń. W bezpośrednim otoczeniu naszej rodzinnej zagrody naliczyłem sześć grobów, w tym dwa w naszym ogrodzie. Wspominam o tym nie dlatego, żeby oceniać czy to źle czy nie, że ci ludzie, bez normalnego pochówku leżą na zawsze w bezimiennych i w większości już zniwelowanych miejscach. Wspominam, dlatego aby wyrazić najwyższy szacunek dla zwykłych ludzi, mieszkańców powojennej Żarówki, że przez tyle lat uszanowali te miejsca, że wynieśli się ponad zrozumiały odruch zemsty nad prześladowcami i sprawcami tylu nieszczęść. Czy zgadza się pan z moim stanowiskiem w tej sprawie?

W.K.: Oczywiście, zgadzam się, ludność Żarówki od pokoleń była i jest mocno wierząca. Po prostu uszanowali, zgodnie ze swoją wiarą, majestat śmierci.

Rozmowę autoryzowano w dniu 03.12.2004 r.
Stanisław Cichoń, Kłodzko

Zobacz również:
Wywiad z Władysławem Kużdzałem - Sosnowa 1945 ->
Wykaz Osadników na Ziemiach Odzyskanych w 1945r. ->