ill titleWywiad z Władysławem Kużdzałem cz.2

Przeprowadził Stanisław Cichoń. Dnia 27 listopad 2004 r. Sosnowa

Część II - Sosnowa


Stanisław Cichoń (*1941): Wiosna 1945r. była z pewnością smutna i jednocześnie radosna dla większości ludzi na całym świecie. Koalicja rozprawiła się z faszystowskim systemem w Europie. Nadszedł czas realizacji międzynarodowych ustaleń, co do nowego podziału terytorialnego wielu państw. Niemcy zostały ograniczone od wschodu do linii Odra - Nysa. Polska traciła wschodnie, kresowe obszary w zamian uzyskując prastare, piastowskie ziemie na zachodzie i północy. Państwo polskie rozpoczęło wielkie dzieło zasiedlania Ziem Odzyskanych "żywiołem polskim" określając również przyszłych osadników mianem "pionierów". Kto przygotował 64 rodziny do wyjazdu z Żarówki?i>

Władysław Kużdżał (*1917): Pierwsze zebranie "sondażowe" zwołał na początku czerwca 1945r. Ludwik Cichoń, osoba wielce zasłużona dla naszej wioski, wspomniany już w tej rozmowie, wieloletni sekretarz wójta, podczas okupacji i po wyzwoleniu - sekretarz sołtysa. Usłyszeliśmy wtedy o możliwości natychmiastowego, zorganizowanego wyjazdu na "Zachód" na tereny z lepszą ziemią, z murowanymi budynkami i elektrycznością, pozostawione przez ludność niemiecką przesiedlaną w granice stref okupacyjnych byłego państwa niemieckiego. Po tygodniu odbyło się drugie zebranie z zapisami chętnych. Byli przedstawiciele władz powiatowych, PUR (Państwowego Urzędu Repatriacyjnego). Były plakaty Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z sylwetką Polaka - Tułacza.

S.C.: Początek obiecujący i sprawnie przeprowadzony. Były jakieś wątpliwości?

W.K. : Decyzje były dobrowolne, była to wielka szansa dla ludzi pozbawionych przez wojnę dobytku, domów, inwentarza. Rząd polski gwarantował nieodpłatne przekazanie nowych gospodarstw dla polskich osadników. Część chętnych postanowiła poczekać z decyzją na później. Na tym zebraniu ustalono, że zbiórka zapisanych do wyjazdu będzie w Mielcu. Tak też się stało. Ok. 20-tego czerwca przy pomocy sąsiadów, zebraliśmy się w wyznaczonym miejscu. Były już przygotowane samochody ciężarowe, którymi przewieziono nas na stację kolejową w Tarnobrzegu.

S.C.: Naszą rodzinę odwiózł do Mielca furmanką Józef Puła, który "zasiedlił" naszą chatę, lekko uszkodzoną podczas wojny. Dzięki temu mógł, w miarę spokojnie, w następnych latach odbudować swoje, prawie doszczętnie zniszczone zabudowania. Czy oprócz ludzi zabierano też zwierzęta lub inny dobytek?

W.K.: Było kilka krów i koni, ale większość zabrała tylko rzeczy osobiste i podręczne. Na stacji w Tarnobrzegu załadowaliśmy się po 3 lub 4 rodziny do wagonów towarowych.

S.C.: Czy pamięta pan trasę tej wyprawy kolejowej i kto był komendantem transportu?

W.K.: Nawet nie pamiętam czy tak się nazywał, ale faktem jest, że był razem z nami pracownik PUR-u. Jego głównym zadaniem było zaopatrywanie nas w chleb - robił to dobrze, bo wszyscy przeżyli tygodniową podróż. Dokładnej trasy podać nie mogę, nie było to ogłaszane, pociąg często zatrzymywał się w szczerym polu. Nikt nie prowadził pamiętnika, bo o takich sprawach w młodych latach nie myśli się. Pierwszy, 2-dniowy postój był w Częstochowie, następny 3-dniowy w Opolu. Opole źle wspominam, ponieważ miasto było w gruzach i w powietrzu unosił się przykry zapach. Ostatni odcinek z Opola, poprzez Kędzierzyn - Koźle do Otmuchowa pokonaliśmy w ciągu jednego dnia. W Otmuchowie zakwaterowano nas na terenie mleczarni, niedaleko jeziora. Dla większości Żarowian był to pierwszy kontakt z "wielką wodą". Podczas gdy pracownicy PUR-u szukali dla nas miejsca osiedlenia, my wypoczywaliśmy po trudach podróży. Młodszych intrygowały dwie miny morskie z charakterystycznymi sterczącymi "kolcami" - zapalnikami. Takich w Żarówce nie było! Miny te znajdowały się na plaży jeziora niedaleko torów kolejowych w odległości ok. 1 km od mleczarni. Któregoś dnia zostały one, przez nieustalonych ludzi, zdetonowane. W tym momencie znajdowałem się wewnątrz pomieszczeń mleczarni. Wybuch był potężny a wyrwana metalowa futryna okienna zraniła mi nos.

S.C.: Wybuch kilkuset kg ładunku wybuchowego mógł spowodować straszliwą katastrofę gdyby to miało miejsce bliżej elektrowni i nastąpiło uszkodzenie śluz. Być może w takim celu Niemcy zamierzali miny te wykorzystać. Kolejna zagadka a zarazem przykład karygodnej lekkomyślności i głupoty ludzkiej!

W.K. : Po tygodniowym pobycie w Otmuchowie, zostaliśmy przewiezieni samochodami ponad 25 km w kierunku północno - wschodnim do wsi Sidzina (14 km od Niemodlina). Miał to być ostateczny cel naszej pionierskiej wędrówki.

S.C.: Z tego wniosek, że była to podróż trochę w "ciemno", zwłaszcza w końcowym etapie. W końcu z Opola do Sidziny (na głównej drodze do Nysy) jest ok.38 km. Nie mieliście odczucia, że straciliście niepotrzebnie sporo czasu?

W.K.: Byliśmy zawiedzeni i zdezorientowani. Porozdzielano nas do, już zajętych w większości gospodarstw przez wcześniejszych osadników. To nie bardzo zgadzało się z wcześniejszymi zapewnieniami. Poza tym mieliśmy mieszane uczucia widząc ludność niemiecką przewidzianą do wysiedlenia już usuniętą z ich domów i "zakwaterowanych" na terenie folwarku.

S.C.: Przyznam się szczerze, że nie pamiętam tej podróży. Wniosek z tego taki, że małe dzieci musiały też być mocno zmęczone. Pamiętam dobrze dopiero Sosnowę. Jak doszło do korekty ostatecznego celu podróży?

W.K.: Już w drugim dniu pobytu w Sidzinie wspólnie z Władysławem Czapigą postanowiliśmy "rozejrzeć" się po okolicy. Będąc w Otmuchowie widzieliśmy na zachodnim horyzoncie góry - postanowiliśmy udać się w ten rejon. Całe życie mieszkaliśmy na nizinach, może w pobliżu gór jest lepiej? Ktoś nas podwiózł do Otmuchowa, tam wsiedliśmy do pociągu i wysiedliśmy na trzeciej, dużej węzłowej stacji w Kamieńcu Ząbkowickim. Zainteresował nas mały skład pociągu z niewielkim parowozem na ostatnim peronie, gotowym do odjazdu do Złotego Stoku oddalonego o 12 km. S zybka decyzja: jedziemy! Podczas jazdy podziwialiśmy piękne widoki bardzo urozmaiconego terenu, zatrzymując się na trzech przystankach ze stylowymi budyneczkami, bocznicami i wagami towarowymi. Po ponad pół godzinnej jeździe byliśmy na miejscu. Ze stacji kolejowej udaliśmy się do rynku gdzie bez trudu odnaleźliśmy siedzibę PUR-u i mimo późnej pory był tam pracownik, który zaopiekował się nami.
Następnego dnia rankiem nasza dwójka, pracownik PUR-u oraz tłumacz - pan Czerna, udaliśmy się pieszo w kierunku Kamieńca Ząbk. Po niecałych 3 km byliśmy już w Płonicy, małej wiosce położonej równolegle do szosy. Okazało się, że tłumacz był robotnikiem przymusowym u jednego bauera w Płonicy i jak na razie jest pierwszym Polakiem, który już zdecydował się tu osiedlić.
Władysław Czapiga postanowił, że będzie drugim dokonując wyboru gospodarstwa z "marszu". Załatwiając swoje sprawy myśleliśmy zarazem o pozostawionych w Sidzinie Żarowianach, którym prawdopodobnie to nowe miejsce bardziej przypadnie do gustu. Nam podobało się bardzo: blisko miasta, dobra komunikacja, urodzajna ziemia, możliwość wyboru miejsca wg własnych potrzeb. Pracownik PUR-u zaproponował żeby przejść jeszcze dalej, do następnej wioski sąsiadującej z Płonicą. Była to Sosnowa, w której upatrzyłem coś dla siebie: zabudowania na górce z trawiastym podwórkiem, bez gnojownika na wprost okien mieszkalnych, co było tu regułą. Dalej wypadki potoczyły się w tempie błyskawicznym. Po powrocie do Sidziny zrelacjonowaliśmy całą wyprawę. Już następnego dnia wyruszyli następni naszą przetartą trasą i rozpoczęły się zasiedlenia w nowym miejscu. Wraz z żoną dostałem tymczasowy akt nadania na wybrane gospodarstwo już 08 lipca 1945r. Praktycznie, dzięki bardzo dobrej pracy PUR-u w Złotym Stoku, do końca sierpnia prawie wszyscy z naszego transportu przenieśli się w ten rejon.

S.C.: Nasza rodzina przyjechała w połowie sierpnia. Wcześniej ojciec pozałatwiał wszelkie formalności, włącznie z uzgodnieniem wszelkich spraw bytowych z dotychczasowymi właścicielkami, wybranego gospodarstwa w północnej części Sosnowy. Przyjechaliśmy pociągiem i już z przystanku widzieliśmy w odległości 300m nasz przyszły dom. Interesuje mnie to, w jaki sposób rozwiązano problem z ludnością niemiecką, było chyba inaczej aniżeli w Sidzinie?

W.K.: Zdecydowanie inaczej. Mnie się wydaje, że wiele zależało od podejścia do tego zagadnienia przez pracowników PUR. Nam w Złotym Stoku od razu powiedziano, że przez pewien czas będziemy mieszkać razem z dotychczasowymi właścicielami. Było to uzgodnione z sołtysami niemieckimi a ludność niemiecka miała zapewnić warunki bytowe dla "gości" takie same jak dla siebie. Nas przestrzegano przed złym traktowaniem Niemców. Wszelkie sporne sprawy miały być zgłaszane swoim przedstawicielom. Czas pokazał, że nie było takich przypadków. Prawie wszystkie gospodarstwa były zamieszkałe głównie przez kobiety, dzieci i mężczyzn w podeszłym wieku. Przyjmowali nas bez entuzjazmu, ale i bez jawnej wrogości.

S.C.: Mogę opisać to wymuszone przez historię "współistnienie" dwóch nacji, z pozycji kilkuletniego dziecka. Mieszkaliśmy razem z nieco starszymi rówieśnikami, najstarsza Gizela miała ok. 12 lat, jej brat Klaus miał ok. 7 lat, był też ich kuzyn Zygfryd ok. 9 lat. Dosyć szybko zaczęliśmy się wspólnie bawić, chociaż to nie podobało się młodszej Frau (jej mąż podobno służył w formacji SS). Zupełnie inaczej od początku byliśmy traktowani przez najstarszą Frau, która przygotowując kanapki dla swoich wnuków nie zapominała o nas. Lody wzajemnej nieufności topniały również u dorosłych, składało się na to wiele drobiazgów, wspólna praca w polu, pomoc przy pracach domowych. Pewnego razu nasi rodzice stanęli dzielnie w obronie niemieckich pań, dosyć obcesowo nagabywanych przez kilku rosyjskich żołnierzy z jednostki stacjonującej w Kamieńcu, domagających się jakichś "suwenirów". Ojciec zgłosił ten fakt w ich komendanturze i od tej pory w zasadzie był spokój. Przełomem zupełnym były Święta Bożego Narodzenia, był wspólny stół, my otrzymaliśmy prezenty w postaci zabawek (nowych!), ojciec dostał piękny spacerowy rower. Chyba obie strony zdawały sobie sprawę, że jesteśmy takimi samymi ludźmi, mogącymi żyć w pokoju. Dla nas przyszłość jawiła się już w jasnych kolorach, natomiast dla ludności niemieckiej każdy dzień był wielką niewiadomą. Z historii wiem, że w listopadzie 1945r. rozpoczęła działalność Komisja d/s wysiedlenia ludności niemieckiej. Kiedy efekt ich pracy odczuli dotychczasowi mieszkańcy Wolmsdorf?

W.K.: Już na początku roku część rodzin opuściła Sosnowę udając się w sposób zorganizowany, ale pieszo, do punktu zbornego na st. kolejowej w Ząbkowicach Śl. (12 km). Był to niepotrzebny akt zbiorowej odpowiedzialności, chęć "odegrania" się jakiegoś urzędnika wyższego szczebla na Niemcach a ucierpieli, jak zawsze w takich przypadkach, najmniej winni: kobiety i dzieci. O terminie wyjazdu powiadamiał zainteresowanych sołtys niemiecki. Niemcy chyba przewidywali, że nie będą rozpieszczani na pożegnanie. Od pewnego czasu suszyli chleb i odkładali sucharki do woreczków. Ostatnie rodziny wyjechały (wyszły) po świętach wielkanocnych.

S.C.: Dodam w tym miejscu, że nie było jawnego planu, kto i kiedy ma być gotowy do drogi. Pewnego razu starsza Frau, zaaferowana, poprosiła moich rodziców o pomoc w załatwieniu im wyjazdu w kolejnej turze - był to ostatni transport do zachodnich stref okupacyjnych Niemiec. Mam takie wrażenie, że mimo wszystko, kolejny raz Żarowianie zdali życiowy egzamin. Z wielu stron można usłyszeć, mniej lub bardziej prawdziwe, opowieści o prześladowaniach i aktach zemsty na ludności niemieckiej - na naszym terenie takich przypadków z pewnością nie było. Przez wiele lat była blokada dla kontaktów polsko - niemieckich, ale już w latach 60-tych czasem, przy okazji, zjawiał się na kilka godzin ktoś z byłych mieszkańców. Na pewno nie były to cele szpiegowskie, lecz jakże naturalna tęsknota za rodzinnymi stronami. Nasz dom kilkakrotnie odwiedzała wspomniana Gizela.

W.K.: To prawda, prawie każdy dom w Sosnowie był odwiedzany przez byłych mieszkańców. Nie tak dawno gościłem syna moich gospodarzy. Są to normalne wizyty, dla nich będące za każdym razem powodem do wzruszeń. Jest to po prostu naturalne i ludzkie.

S.C.: Wyobrażam sobie radość i satysfakcję ludzi, nowych osiedleńców w Sosnowie, Płonicy i Ożarach wiosną 1946r. Mieliście możliwość uprawy SWOJEJ ziemi, młodzi dorośli podjęli pierwszą pracę w kopalni i w innych zakładach w Złotym Stoku oraz Mąkolnie. Towarzyszyłem rodzicom w pracach polowych i wiem, że wszyscy musieli włożyć dużo wysiłku, aby obsiać i wykorzystać otrzymaną w wieczyste użytkowanie ziemię. Podstawowy sprzęt był, ale z siłą pociągową było zupełnie źle. W naszym gospodarstwie były to...krowy i wcale nie był to nasz pomysł, ale zastana rzeczywistość.
Ojciec przyzwyczajony do pracy z końmi nie mógł się przestawić na taki archaiczny sposób uprawy roli, dlatego chyba w kilka lat później przesiadł się na traktor. Podobnie było u innych?

W.K.: Tak było. Powszechnie używane były powolne woły, bardzo rzadko ciężkie konie rasy niemieckiej "perszerony". Było ciężko, ale każdy dzień przynosił coś nowego. Najbardziej cieszyliśmy się z tego, że wojna zupełnie nie dotknęła tych ziem.

S.C.: Żeby nikt nie zarzucił nam niezgodności z prawdą historyczną, proszę o wyjaśnienie nazw miejscowości i stacji kolejowych. Np. Złoty Stok to po wojnie Równe czy Rychłowiec?

W.K.: Podczas pierwszej naszej podróży pociągiem z Kamieńca Ząbk. jechaliśmy do Rychłowca (Reichenstein). Wydaje mnie się, że miasto miało tą samą nazwę.

S.C.: Z lektury jednej z internetowych stron Złotego Stoku dowiedziałem się, że nazwę "Równe" nadał miastu jego pierwszy burmistrz przejmujący władzę z rąk radzieckiego komendanta w dniu 15 lipca 1945r., przy zachowaniu nazwy "Rychłowiec" dla st. kolejowej. Taka podwójna nazwa przetrwała do jesieni 1946r., kiedy to decyzją rządowej Komisji Ustalania Nazw Miejscowości przy Ministerstwie Administracji Publicznej została nadana jednolita nazwa Złoty Stok. Podobna sytuacja była z Sosnową?

W.K.: Wtedy w lipcu 45r. nie było jeszcze polskich tablic. Była niemiecka nazwa Wolmsdorf, natomiast na budynku przystanku kolejowego była nazwa "Rogowska". Tablica miejscowości z polską nazwą Sosnówka lub Sosnowica pojawiła się wkrótce. Obecna nazwa "Sosnowa" została ustalona w 1947r. z tym, że przystanek kol. miał dodatek "Śl.".

S.C.: Internet jest wspaniałą sprawą! Z lektury kolejnej strony gm. Kamieniec Ząbk. dowiedziałem się, że Sosnowa jako wieś gospodarczo związana z klasztorem cystersów kamienieckich, jest wymieniana w księgach już na pocz. XIII w. jako "Sosnova" z przysiółkiem "Rogousca". Wniosek z tego, że nazwy przejściowe były historycznie poprawne a obecna nazwa doskonale nawiązuje do słowiańskich korzeni. Przysiółek Rogów miał niemiecką nazwę Rogau i do tej pory wielu ludzi w Sosnowie jej używa. W przypadku Płonicy sprawa była prosta: Doerndorf - Płonica. Podobnie z pozostałymi interesującymi nas wioskami: Hemmersdorf - Ożary, Maifritzdorf - Mąkolno. Na oficjalnych aktach nadania ziemi, budynków oraz inwentarza, wystawianych i wręczanych dopiero w 1948r., moje zdziwienie wywołała nie data dokumentu, bo to można zrozumieć, tylko kuriozalne zapisy i pouczenia na rewersie dokumentu. Nie była to łyżka octu w beczce miodu?
Zobacz akt nadania: Akt nadania ziemi, Akt nadania ziemi revers

W.K. : To był niewinny początek. Wkrótce zaczęły się harce z kolektywizacją, następnie nadmierne podatki, obowiązkowe dostawy. Jak do tej pory żadna władza nie doceniła trudu rolnika a jeżeli coś daje, to faktycznie podwójnie zabiera.

S.C.: Panie Władysławie, na zakończenie proszę o uzupełnienie nazwisk i imion, w sporządzonym wspólnymi siłami moich braci, wykazie Żarowian - pionierów osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych w latach 1945/46. Mam nadzieję, że będzie to pomocne dla wielu ludzi młodszego pokolenia przy odszukaniu swoich rodzinnych korzeni. Sam, w trakcie tej rozmowy, wiele nowego się dowiedziałem. S erdecznie dziękuję, życzę dużo zdrowia! Rozmowę autoryzowano w dniu 03.12.2004 r.
Stanisław Cichoń, Kłodzko

Zobacz również:
Wywiad z Władysławem Kużdzałem - Żarówka 1939-45 ->
Wykaz Osadników na Ziemiach Odzyskanych w 1945r. ->