ill titleWspomnienie o księdzu proboszczu Zygmuncie Zającu


Ks. proboszcz Zygmunt Zając w otoczeniu dzieci przyjmyjących pierwszą komunię swiętą w Zdziarcu ok. 1960 r. Zdjęcie H.Makuch.

Ks. kanonik Zygmunt Zając był dla mnie proboszczem "od zawsze". Był uosobieniem słowa proboszcz i takim wzorcem proboszcza pozostał. Zapamiętałem go z mojego dzieciństwa jako postawnego mężczyznę o bujnej czuprynie, która z wiekiem robiła się coraz bardziej srebrzysta.

Zapamiętałem księdza proboszcza Zająca, który zawsze żywo i obrazowo przemawiał do swoich parafian. Zgodnie z parafialną anegdotą jak na kazaniu na temat pijaństwa jego donośny głos obudził zmęczonego gospodarza siedzącego pod baldachimem , który poderwał się na równe nogi na słowa "Do Ciebie mówię pijaku!".

Ks. Zając był dobrym proboszczem i dobrym człowiekiem. Rozumiał on ciężką pracę na roli i w gospodarstwie, bo sam takie gospodarstwo prowadził. Moja babcia Władysława Frankowicz wspominała jak po wojnie ks. Zając chodząc po kolędzie odwiedzał jej dom, gdzie razem z mężem wychowywała czwórkę dzieci. Dom był na końcu wsi i na nim kolęda się kończyła, więc babcia zawsze proponowała poczęstunek po całym dniu kolędowania. Ks. proboszcz poczęstunek przyjmował, ale zawsze dbał o to żeby wszyscy domownicy się częstowali, a w szczególności dzieci.

Ks. proboszcz znał w większości parafian po imieniu i nazwisku w kilku pokoleniach. Sam tego doświadczałem jak przy spotkaniach z ks. Zającem byłem pytany o moich rodziców i dziadków. Szczególnie zapamiętałem sytuacje, gdy jako młody chłopak spowiadałem się u ks. Zająca. Wyznałem już swoje grzechy, wysłuchałem nauki i pokuty, czekałem na rozgrzeszenie, ale po drugiej stronie konfesjonału zapadło milczenie. Po dłuższej chwili usłyszałem pytanie "A Ty, jesteś od Frankowiczów z Żarówki spod lasu. Tak? A czy w polu już zasialiście buraki?".

Przytoczę jeszcze jedno wspomnienie, które jest związane z księdzem proboszczem. Jako mieszkaniec południowej części Żarówki w latach 70-tych i wczesnych 80-tych tak jak inni mieszkańcy Ługu i Pańskich Pól chodziłam na niedzielną mszę do ochronki prowadzonej przez Siostry Służebniczki w Janowcu. Z tej części Żarówki było bliżej na piechotę do Janowca niż do kościoła parafialnego w Zdziarcu. W Janowcu jako 8-9 letni chłopak rozpocząłem wraz ze starszym bratem służbę jako ministrant. W tych czasach msze w Janowcu były odprawiane przez księży wikariuszy, najpierw ks. Władysława Taraska, a potem jego następcę ks. Stefana Tabora. Religia w Żarówce była również nauczana przez wikariuszy. Okazją do spotkania ks. proboszcza Zygmunta Zająca były uroczyste msze odprawiane w Zdziarcu z okazji świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Bożego Ciała czy też odpustu w Zdziarcu na Nawiedzenie NMP (w 1 niedziele lipca) oraz Matki Bożej Różańcowej (w 2 niedziele października). Z okazji takich uroczystości służyli ministranci i lektorzy z całej parafii. Tak więc w uroczystość Bożego Ciała. Ks. Zając przewodził procesji w Zdziarcu niosąc monstrancję z hostią. Ołtarze były pięknie przystrojone i rozmieszczone wokół kościoła parafialnego. Po obu stronach każdego ołtarza były ustawione duże świece w świecznikach paschalnych, które przed celebracją były zapalane przez kościelnego. Właśnie te płonące świece stały się powodem nieszczęśliwego zdarzenia. Podchodząc z całą procesją do kolejnego ołtarza wierni ustawili się dość ciasno wokół niego, tak że ks. Zając nie miał zbyt wiele wolnego miejsca przed nim. Proboszczowi udało się jeszcze sprawnie umieścić monstrancję na ołtarzu, ale podczas podnoszenia monstrancji z ołtarza szaty księdza proboszcza zbyt zamaszyście pofrunęły nad płonącą świecą i momentalnie ornat zaczął płonąć na szerokim rękawie. Ks. Zając trzymając monstrancję w obu rękach nie za bardzo przejął się całą sytuacją. Choć dla nas wyglądało to groźnie, to proboszcz zachował pełen spokój i cierpliwie czekał, aż z któryś z bardziej przytomnych ministrantów rzucił się z pomocą i ugasił płonący ornat. Procesja poszła dalej i szczęśliwie się skończyła. Po jej zakończeniu ks. Zając obejrzał ze spokojem nadpalony ornat, a potem stwierdził, że "Wypaloną dziurę się zaceruje". Do tej pory nie wiem jak, bo dziura była wielkości dłoni. To przykład podejścia ks. Zająca do problemów przyziemnych, które uważał że nie są warte przerywania modlitwy. Podobnie jeśli w trakcie posługi do mszy trafiła się pomyłka ministranta lub lektora to przyjmował to ze spokojem i wyrozumiałością. W starszym wieku samemu ks. proboszczowi zdarzało się ominąć element liturgii słowa i wtedy z pełną statecznością wracał do niej i spokojnie kontynuował mszę.

Te słowa piszę z wyrazami wdzięczności za posługę ks. proboszcza Zająca i mając w pamięci opowieść związaną z pogrzebem parafianina z Żarówki. A było tak, że rodzina pogrążona w żałobie zapominała o zapewnieniu transportu ks. proboszczowi w postaci furmanki do domu zmarłego. Ks. Zając nie mogąc doczekać się na furmankę wyszedł na drogę do Żarówki i poszedł pieszo do domu zmarłego z tymi słowami: "Chodził On całe życie do kościoła do mnie, to ja raz mogę pójść po niego w tą ostatnią drogę na cmentarz."

Mam nadzieje, że ks. proboszcz Zając proboszczuje teraz u "Matuchny Zdziarzeckiej" robiąc tam wiele dobrego również dla nas.

Mirosław Wnuk