ill titleWielcy proboszczowie parafii Zdziarzec
ks. Zygmunt Zając

Artykuł: Nasza Gazeta [Grudzień 2010], autor: T.

Opubikowane dzięki uprzejmosci P. Małgorzaty Warias.

W dniu 23 listopada 2010 roku w kościele parafialnym w Zdziarcu odbyła się uroczysta Msza Święta w 21 rocznicę śmierci ks. Zygmunta Zająca, który w parafii Zdziarzec pracował w latach 1945 - 1989.

Zebrani w kościele parafianie oddali hołd wdzięczności za wieloletnią posługę wśród nas. Jak wspominał ksiądz proboszcz Eugeniusz Habura, każdy człowiek zostawia po sobie ślad. Ale ślad księdza Zygmunta pozostawiony na ziemi, a zwłaszcza w parafii Zdziarzec jest bardzo widoczny. Te ślady widzimy wszyscy, wystarczy tylko spojrzeć na kościół i tu dostrzegamy ogromne dzieło i trud pracy wspaniałego kapłana. Bo trzeba pamiętać - w jakim czasie i w jakich warunkach sprawował posługę duszpasterską. Jako młody kapłan, tylko 5 lat kapłaństwa! - obejmuje probostwo w bardzo zniszczonej działaniami wojennymi parafii zdziarzeckiej. Widok miejscowości był przerażający, lecz kapłan nie przeraził się go, lecz ochoczo wziął się do pracy i ze szczerym i otwartym sercem podjął się odbudowy ze zniszczeń wojennych naszego kościoła parafialnego, który leczył serca i dusze ludzkie zmienione straszliwą i okrutną zawieruchą. Pierwsze Msze Święte odbywały się na gruzach po straszliwej dewastacji żołnierzy radzieckich, a później frontu, który dokonał olbrzymich zniszczeń. Młody, elegancki kapłan Zając pięknie śpiewający i z zapałem przemawiający wlał w skołatane serca parafian ogromny zapał i radość wspólnej modlitwy. Ludzie wtedy dziękowali Bogu za dar życia i otrzymaną wolność. Uczestnicząc we Mszy Świętej w 21 rocznicę śmierci ks. Zygmunta Zająca, spoglądając na wnętrze zdziarzeckiego, odnowionego kościoła, nie sposób nie przywołać myślami i pamięcią śladów jakie pozostawił po sobie zmarły kapłan. Przyszedł do zniszczonej parafii, ludzi biednych, gdzie nie było transportu ani materiałów. Tylko dzięki zaradności i odpornej psychice pozyskano środki z Ptaszkowej. Odbudowy świątyni dokonano dzięki kapłanowi i ludziom dobrej woli. Którzy mogli pomóc jedynie zdrowymi rękami i otwartym sercem. Bez prądu elektrycznego, bez ciągników, bez dźwigów dokonano tak olbrzymiej inwestycji!

Uczestnicząc we Mszy Świętej można było odczuć pewien smutek: uczestniczyło w niej około 40 osób. Można by zapytać samych siebie i każdego z osobna, gdzie nasza wdzięczność i nasz szacunek dla kapłana, który tak dla nas się poświęcił?! Który tyle dla nas zostawił?! Powinno nas być o wiele więcej. Zapytajmy więc samych siebie, czy brakuje nam czasu? Czy dziś Bóg jest nam już niepotrzebny? Czy telewizor i Internet zastąpi nam kościół? Czy taką wiarę przekazali nam przodkowie? Czy oni tam, po drugiej stronie nie wstydzą się za nas i nasze życie?

Ksiądz Zygmunt Zając - syn Marcina i Franciszki Grabarz urodził się 18 stycznia 1914 roku w Gnojniku (informacja od p. Tadeusza Kowalczyka).


Zdjęcia zabudowań rodzinnych ks. Zająca. Na zdjęciu dom - to już nie cały budynek, prawa jego część została zburzona. Zabudowania znjadują się w częsci Gnojnika zwanej "Stara Wieś" niedaleko granicy z Gosprzydową (sąsiednia miejscowość). Zdjęcie zostało wykonane przez Tadeusza Kowalczyka w 2011 roku.

Pochodził z rodziny wielodzietnej - było dwanaścioro rodzeństwa (Żarowianie: jeden ze starszych braci ks. Karol Zając również był księdzem i proboszczem w Przecławiu w latach 1937-67 - opowiada o tym artykuł o zdarzeniach w Przecławiu w czasie II Wojny Światowej). Egzamin dojrzałości zdał w 1935 roku w Bochni. Po odbyciu studiów teologicznych w Seminarium Duchownym w Tarnowie przyjął w Błoniu 31 marca 1940 roku święcenia kapłańskie z rąk biskupa Komara. Jako wikariusz pracował w: Luszowicach (1940 – 1942) i Ptaszkowej.

Następnie objął stanowisko proboszcza w Zdziarcu po ks. Antonim Glińskim, który po ciężkich przeżyciach wojny i frontu, ze względu na stan zdrowia, został przeniesiony w okolice Nowego Sącza.

Początki proboszczowania ks. Zygmunta, choć był młodym i energicznym kapłanem zahartowanym w poniewierce wojennej, były trudne: nie przestraszył go jednak ogrom zniszczeń kościoła, plebani, wioski, parafii, która wówczas obejmowała Zdziarzec, Żarówkę i Janowiec. Najbardziej ubolewał na widok pustego miejsca po cudownym obrazie Matki Bożej. Pierwszą Mszę odprawił w bocznej kaplicy i tak było aż do odbudowania kościoła. Ani na chwilę nie zwątpił na widok płonących jeszcze zgliszcz. i toczących się jeszcze działań wojennych. Ksiądz Zając napotykał na bardzo wiele trudności w związku z tym, że parafia była wysiedlona; latem 1944 roku front niemiecko - rosyjski zatrzymał się na linii rzeki Jamnicy i pobliskich lasów niemal na pół roku (do stycznia 1945 roku). Parafia została całkowicie wysiedlona. Każda rodzina uchodziła, gdzie to możliwe: do sąsiednich miejscowości, do swoich krewnych, znajomych albo tylko przed siebie, byle dalej. W trakcie wysiedlenia nie można było nic ze sobą zabrać; jedynie tyle, co do ręki. Wracający parafianie Zdziarca i Żarówki zastawali domy i zabudowania całkowicie zniszczone albo mocno zdewastowane. Kościół pozostał bez dachu i stropu, wokół kościoła pełno było gruzu. Brak szat liturgicznych, księgi metrykalne i kronika parafii też zostały zniszczone. Pierwsza Msza Święta po powrocie z wysiedlenia odbyła się w bocznej kaplicy na pożyczonych obrusach i naczyniach liturgicznych. Z pomocą przyszedł brat księdza Zygmunta, proboszcz z Przecławia, który ofiarował szaty liturgiczne i kielichy.

Oprócz zniszczeń materialnych ks. Zygmunt postawił sobie za cel także pocieszanie i wspieranie serc skrzywdzonych wojną. Szybko zyskał sympatię wśród parafian swym pięknym głosem, dobrocią serca i pięknymi kazaniami o Maryi, której kult starał się szerzyć. Zachęcał do pracy, pomagania sobie nawzajem i nadziei na lepsze jutro. Sam dawał dobry przykład prowadząc gospodarstwo w którym hodował konie i krowy. Potrafił z każdym nawiązać kontakt, dojeżdżając do najdalszych domów furmanką nawet do 8 km. Odległości jednak nie miały dla niego znaczenia. Odnosił się do ludzi, swoich parafian z niezwykłym szacunkiem, uznaniem, zachętą, umiał nawiązać kontakt z każdym, jak ojciec i brat, zachęcić i natchnąć. Mając taki wzór cała parafia po powrocie wzięła się od razu do pracy i dzięki własnej wytrwałości i pracowitości szybko doprowadziła gospodarstwa do stanu używalności. Powojenna parafia Zdziarzec obejmowała swoim zasięgiem bardzo odległe miejscowości tj. Żarówka, Janowiec i Świerże. Odległości nie stanowiły jednak problemu, choć podstawowym środkiem transportu była furmanka. Dobry koń i wóz były najlepszym sposobem, by dojechać daleko. Mimo ogromu pracy kapłan zaczął myśleć o odbudowie kościoła i plebanii. Nigdy jednak nie tracił nadziei, nie uskarżał się. Robił, co do niego należało nadal poruszając się swoją furmanką latem i zimą, w upale i słocie, podczas mrozów i śnieżyć. Jechał, by uczyć religii, pocieszać, wspierać. Nigdy nikomu nie odmówił. Właśnie tak utkwił w pamięci ludziom, którzy mieszkali obok plebanii. "Ubrany ksiądz Zając co chwila wychodzi przed plebanię i spogląda w kierunku Żarówki, czy nie widać furmanki, która miała przyjechać po niego na religię". Takie widoki zdarzały się często. Czasem owa furmanka nie przyjechała, bo były zaspy, zbyt duże mrozy, czasem sąsiedzi się nie dogadali. Ksiądz Zając był wielbicielem koni, dlatego też po kilkanaście ich można było zobaczyć w ogrodzeniu plebańskim. Był ogromnie oddany sprawie Bożej, przeżywał odbudowę kościoła, kochał dzieci i młodzież, był orędownikiem nabożeństwa do Matki Najświętszej. Był bliski dla parafian, dla tych biednych i bogatych, wielkich i małych. Rozmawiał i z tym wykształconym i tym prostym chłopem, który wiózł świnię na jarmark. W tym ogromie pracy od roku 1945 pozostawał ciągle sam na parafii.

W 1960 roku ks. Zygmunt dostaje pierwszego wikariusza jakim jest ks. Mieczysław Ryba, obecnie rezydent parafii Dulcza Wielka. Wspólnymi siłami odbudowano kościół parafialny, plebanię. W latach 70-tych zbudowano nową plebanię i pięknie ogrodzono cmentarz. W latach 80-tych postawiono kościół w Janowcu i kaplicę w Żarówce. Wszyscy, który znali ks. Zygmunta wiedzą, że lubił śpiew i sam wspaniale śpiewał. Do dziś w uszach brzmią urozmaicone teksty nowennowe do Matki Bożej Zdziarzeckiej. Najbardziej ulubionym tekstem były Akty uwielbienia Najświętszego Sakramentu. Oto jeden z nich:
"Niech będzie Bóg uwielbiony,
Niech będzie uwielbione święte Imię Jego"
To nie było tylko śpiewanie, to było pełne wiary uwielbienie.

Po 44 latach proboszczowania odszedł na emeryturę wiosną 1989 roku, ale pozostał wśród swoich. Jak mówił: "pozostałem wśród swoich, przy swojej Matuchnie Zdziarzeckiej, przy swojej najlepszej Matce, której najwięcej zawdzięczam." Kilka miesięcy potem, po krótkim pobycie w szpitalu w Krakowie odchodzi do Pana, do swej Matki. Zmarł 24 listopada 1989 roku w szpitalu w Krakowie, a spoczął na cmentarzu parafii Zdziarzec, parafii której poświęcił większą część swego kapłaństwa.