ill titleKs. proboszcz Antoni Gliński - Ocalić od zapomnienia

Artykuł: Nasza Gazeta [Marzec 2011]

Opubikowane dzięki uprzejmosci P. Małgorzaty Warias.

Do kilkunastu numerów Gazety swoją cegiełkę włożyła także p. Barbara Kruszyna - Wiatr, siostrzenica ks. Antoniego Glińskiego. Przypominam pierwszy odcinek owego cyklu.


Nasza fotografia rodzinna, wykonana w wakacje przed wojną, na tle ganku dawnej, drewnianej plebani zdziarzeckiej. Od lewej strony: mój brat Tolek (Stanisław), ciocia Kinga (siedzi na krześle), poniżej - mój ojciec ze mną na kolanach. Powyżej cioci Kingi - kucharka, Maria Basara, bardzo związana z naszą rodziną; ksiądz - wuj Antoni Gliński, moja mama - jego siostra.

Kończył się rok 1939. Przed samym Nowym Rokiem przybył na plebanię kuzyn ze Starego Sącza z wiadomością o śmierci Wojciecha Glińskiego, najstarszego spośród 8-osobowego rodzeństwa, do którego należał mój wuj - ksiądz Antoni. Wojciech Gliński był przed wojną notariuszem w miasteczku Żabno. Wuj Antoni wraz z moim ojcem pojechali na pogrzeb do Starego Sącza. Po ich powrocie wróciliśmy wraz rodzicami do Tarnowa. Nadal chodziłam do pierwszej klasy tarnowskiej szkoły Sióstr Urszulanek. Ojciec kontynuował swoją konspiracyjną działalność, z której my - jego rodzina - nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy. Życie w warunkach wojennych stawało się coraz trudniejsze. Wszystko, co niezbędne do życia, trzeba było zdobywać.

Zbliżał się maj roku 1940. Ojciec od czasu do czasu nocował poza domem - u znajomych, by uniknąć nagłego aresztowania, jak to miało miejsce w listopadzie minionego roku. Jego konspiracyjna organizacja - dotychczasowa Służba Zwycięstwu Polsce - nazywała się teraz Związek Walki Zbrojnej (późniejsza Armia Krajowa). Ale o tym dowiedziałam się dopiero po wojnie. Wobec zbliżającego się terminu naszego święta narodowego - 3 maja - można było obawiać się znów "profilaktycznych" aresztowań przez gestapo wobec ludzi politycznie podejrzanych. Ojciec wyjechał więc do Zdziarca na plebanię w odwiedziny do swojego szwagra, księdza Glińskiego. Chciał zniknąć z domu na krótki czas. W Zdziarcu był także mój brat - jego syn. I wtedy moja mama i ja, tuż przed 3 maja, przeżyłyśmy dramatyczne chwile. Przyszło po ojca gestapo w kilkuosobowej grupie. Był to ranek, właśnie wstawałyśmy z łóżka. Byli natarczywi i aroganccy.

Przetrząsnęli całe mieszkanie. Zabrali z szafy mundur legionowy ojca i mnóstwo jego rzeczy. Ocalało to, co mama przedtem przezornie dobrze ukryła, np. medale i odznaczenia bojowe ojca, które podpięła pod kilim od strony ściany i niektóre jego ważne dokumenty. Ja wyszłam na chwilę do ubikacji - wrzeszczeli myśląc, że poszłam gdzieś ostrzec ojca. Trzęsłam się ze strachu. Mama zachowała się bardzo dzielnie. Skłamała gestapowców, że ojciec wyjechał do swojej rodziny w okolice Krakowa. Straszyli ją, że gdy go nie znajdą, przyjdą po nią. Mama po ich wyjściu poszła do ucznia mojego ojca, ze znajomej rodziny, z prośbą, by udał się do Zdziarca i by ostrzegł ojca - niech ucieka przed gestapem, niech nie wraca, bo tym razem szukają go usilnie. Uczeń prośbę wypełnił.

Ale ojciec wrócił. Bał się o nas - o mamę i o mnie. Miał już wtedy rozeznanie, że gestapo w takich wypadkach jest bezwzględne. Zanim wrócił, przeżył w Zdziarcu 3-majowe święto narodowe, surowo zabronione w czasie okupacji. Przeżył je w zdziarzeckim kościele., gdzie wuj - ksiądz Antoni odprawił mszę święta bardziej uroczystą niż codziennie. Było więcej ludzi i modlitwa za ojczyznę do Królowej Korony Polskiej. Jakoś się wujowi udał ten akt odwagi - nikt nie doniósł Niemcom. Podobno ojciec stał w progu zakrystii, blisko ołtarza, niezwykle wzruszony i na twarzy miał łzy. Dowiedzieliśmy się o tym później od wuja i cioci Kingi. Znowu łzy - po raz trzeci w ostatnich miesiącach. Było to u ojca niezwykłe, bo miał męski, żołnierski temperament.

Pamiętam z owych dni (początek maja 1940 r.) powrót ojca ze Zdziarca do domu do Tarnowa. Wróciłyśmy z mamą z miasta z kolejnego poszukiwania w sklepach żywności i zastałyśmy ojca czekającego na schodach w domu. Nie miał przy sobie klucza. Mama była wstrząśnięta jego powrotem. Gdy weszliśmy, mama uklękła przed ojcem i błagała go, by uciekał. Była pewna - po owej niedawnej dramatycznej konfrontacji z gestapowcami - że na ojca polują, że wiedzą o nim coś szczególnego. Ojciec jednak przypuszczał, że to było takie jak przed 11 listopada, profilaktyczne "polowanie" na lokalnych działaczy społecznych. Uspokajał mamę. Na drugi dzień przed południem wyszedł do miasta i już nie wrócił. Nadeszła jakaś nieznana nam kobieta i powiedział mamie: "proszę pani, przechodziłam Urszulańską koło siedziby gestapo, wsadzali nieznanego mi mężczyznę do samochodu, on krzyknął do mnie z daleka nazwisko i adres - bym poszła zawiadomić panią, że wiozą go do więzienia". Ja wówczas przeżyłam to strasznie, nie mówiąc o mamie. Ale ona opanowała się, spojrzała na obraz Chrystusa na ścianie i złapała równowagę. Czułam, jak strasznie cierpi. Ale nie była sama. Musiała żyć dla nas - dwojga dzieci. I przecież dla niego. Nie wiedziała, że on już nigdy nie wróci. Po latach dowiedziałam się, że działalność konspiracyjna ojca - tajne nauczanie, współtworzenie państwa podziemnego - zostały zdekonspirowane przez pewnego majora na torturach. Nie ujawniam jego nazwiska. Nie wiem, jak zachowałabym się na torturach. To przecież jest odczłowieczenie. Modliłam się nieraz za tego człowieka. Już dawno nie żyje. Ojciec nie wiedział, że gestapo wie o nim wszystko. A tymczasem przeżywałyśmy z mamą dramat uwięzienia ojca. Wszelkie jej wysiłki ratowania go były daremne. Znajomi, przyjaciele też nie mogli pomóc. Mama zawiadomiła plebanię w Zdziarcu poufną drogą, co się stało. By wuj Antoś wspomagał nas modlitwą. Nie chciała, by syn (mój brat) wracał do Tarnowa. Miał 15 lat. Mógł tutaj "wpaść w oko" gestapowcom jako syn więźnia politycznego. Spośród tragicznych dni pobytu ojca w więzieniu pamiętam szczególnie jedno zdarzenie. Stałyśmy z mamą na ulicy, z której było widać mury więzienia i zakratowane okna. Chodziłyśmy tam prawie codziennie, w nadziei, że ojciec zobaczy nas może z wysokiego piętra przez kratę okna. Tego dnia patrząc w owe okna, usłyszałyśmy nagle wołanie ojca - "okulary!". Struchlałyśmy.
- Mamo, co to znaczy - spytałam.
- Ojcu się pewnie rozbiły okulary i prosi, by mu przysłać zapasowe do więzienia - odrzekła mama po chwili namysłu. Pomachałyśmy rękami, posłałyśmy całusy w stronę zakratowanych okien. No bo widocznie on nas dostrzega! Byłyśmy poruszone i roztrzęsione. Na drugi dzień poszłyśmy do budynku sądu. Chodziłyśmy do różnych pokoi. Mama dopytywała się, czy można podać ojcu okulary do celi więziennej. Odpowiadano niechętnie, odmownie. Byłyśmy w rozpaczy. Jacyś przyjaciele ojca, na prośbę mamy dotarli do kogoś z służby więziennej i potajemnie podali mu okulary. Ci pośrednicy nie powiedzieli nam wtedy, że ojcu stłuczono okulary przy biciu go w celu wymuszenia zeznań. My - rodzina, dowiedzieliśmy się o tym znacznie później. Jak również o tym, że katowany ojciec krzyczał z bólu. Słyszał to w sąsiedniej celi inny więzień, niejaki Godowski, który przeżył później obóz w Oświęcimiu i powrócił do Tarnowa. A tymczasem w owym tragicznym maju 1940 pewnego ranka przyszła do nas nieznajoma pielęgniarka z poufną wiadomością od dyrektora tarnowskiego szpitala, że Franciszek Kruszyna został tam przewieziony z więzienia. Poszłyśmy z mamą do dyrektora szpitala prosić o możliwość odwiedzenia ojca. Zgodził się na to pod ostrym zastrzeżeniem dotyczącym treści rozmów. Łatwo było się domyślić, że ojciec jest w szpitalu pod dozorem policyjnym. Poszłyśmy obydwie w uzgodnionym z dyrekcją dniu. Ojciec był poruszony naszym przybyciem. Nie mógł się podnieść na łóżku, za każdym ruchem straszliwie jęczał. Nie mówił nic o biciu ani my nie pytałyśmy. Powiedział, że dostał w więzieniu zapalenia płuc i dlatego go tu przywieziono. Pamiętam, że na pożegnanie pogłaskał mnie po głowie i powiedział: - Pa, Basiu. Na tobie bardzo polegam...

Nie pojęłam wtedy tych słów. Ale potem towarzyszyły mi przez całe życie i towarzyszą do dziś. Mama jeszcze raz odwiedziła ojca sama. Była burza, a spotkanie było uzgodnione z dyrekcją. Ja zostałam w domu. Wróciła wstrząśnięta i załamana. Ojciec zakończył życie w jej obecności. Zamknęła mu oczy. Po latach dowiedzieliśmy się od tarnowskich współkonspiratorów ojca, że nie wydał nikogo, mimo bicia i tortur. Po jego śmierci nikogo z nich nie aresztowano. Do szpitala dano go prawdopodobnie po to, by go jeszcze "odzyskać" do więzienia i dalej nakłaniać do zeznań. Uciekł im na tamten świat - w ręce Boga. Uniknął Oświęcimia, do którego transport więźniów z Tarnowa odbył się za około 2 tygodnie po jego śmierci. Mama posłała przez kogoś wieść do Zdziarca. Przyjechał wuj - ksiądz Antoni i mój brat. Za usilnym staraniem przyjaciół ojca zgodzono się na cichy pogrzeb. Na klepsydrach nie wolno było napisać o prawdziwej przyczynie śmierci. Przygotowano ziemny grób w kwaterze powstańczo - legionowej. Udało się uzyskać na to przyjaciołom ojca zgodę Niemców argumentem, że tam są dotychczas groby tylko tych, którzy walczyli z Rosjanami. Ojciec był legionistą i tez z nimi walczył.

Pogrzebu ojca nie zapomniałam nigdy. Był koniec maja, zieleniły się drzewa, śpiewały ptaki. Staliśmy w kaplicy starego cmentarza. Wbiłam oczy w trumnę ojca. Nie docierało do mnie, że on nie żyje. Zdawało mi się, że to nieporozumienie, pomyłka. Szliśmy z mamą i bratem znajomą aleją cmentarną za trumną. Orszak prowadził wuj Antoni w kapłańskim stroju, a obok niego - infułat ksiądz J. Bochenek. Tarnowska parafia katedralna znała mojego ojca i szanowała jego pamięć. Orszak pogrzebowy był skromny, bano się Niemców. Bokami, między drzewami, przemykali się byli uczniowie ojca, z pozamykanych przez okupanta szkół. Mama uginała się z bólu. Patrzyliśmy na ziemię zasypującą trumnę ojca. Trudno nam było uwierzyć w autentyczność tej śmierci. Po pogrzebie wuj - ksiądz Antoni podtrzymywał, jak mógł, na duchu, mamę i nas. Powiedział, że nas nie zostawi samych - tu, w wygłodzonym mieście, na oczach gestapo. śe ma zgodę kurii biskupiej, ma zabrać nas na plebanię do Zdziarca i tam otoczyć opieką. Liczył też na zrozumienie ze strony parafian. I tak zaczął się zdziarzecki etap wojenny naszego życia.

Barbara Kruszyna - Wiatr