ill titleCo wydarzyło się 65 lat temu na przecławskim rynku

Artykuł pochodzi z Korso, 23.07.2009, autor: Teofil Lenartowicz.

Co wydarzyło się 65 lat temu na przecławskim rynku

Niemcy otoczyli Przecław, strzelając do wszystkiego co się ruszało. Wywlekli mieszkańców z domów. Ustawili ich na rynku, obok pomnika św. Jana Nepomucena, wycelowali karabiny maszynowe. Za chwilę miała się odbyć masowa egzekucja. W tym momencie wyszedł z domu Alfred Langer, śpiewak wiedeńskiej opery...

Rok 2009 ma szczęście do okrągłych rocznic. W czerwcu było 20-lecie wyborów kontraktowych, w wyniku których obalony został w Polsce komunizm. We wrześniu będzie 70-lecie napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę. W sierpniu - 65-lecie Powstania Warszawskiego itd. Tak się składa, że większość z nich to rocznice tragiczne, więc nie będę się nimi zajmował, bo są ogólnie znane. Zajmę się natomiast mało znanym wydarzeniem dotyczącym ziemi mieleckiej, które miało miejsce 65 lat temu, dokładnie 1 sierpnia 1944 roku w Przecławiu. W tym dniu od faszystowskich kul zginął mój ojciec i stąd dokładnie pamiętam datę i tamte wydarzenia. Pozbierałem w miarę dokładne informacje od świadków wydarzeń w Przecławiu - Czesława Bukowego, Aleksandra Rusina, Maksymiliana Wątróbskiego i kilku innych. Wzbogaciłem o wspomnienia Jacka Woźniakowskiego. Starszym pragnę przypomnieć tamte wydarzenia, młodszych zainteresować.

Akcja "Burza"

Był to czas, kiedy Armia Czerwona wkraczała na ziemie polskie, a nasz legalny rząd londyński, wraz z dowództwem Armii Krajowej ogłosił akcję pod kryptonimem "Burza". W Warszawie wybuchło powstanie. Celem działania było ustanowienie w Polsce legalnych struktur państwowych przed wkroczeniem sowieckich wojsk. Armia Krajowa przystąpiła do intensywnej walki z wycofującymi się Niemcami. Podobnie było w okolicach Mielca, gdzie akcję "Burza" zarządził komendant obwodu AK - Konstanty Łubieński. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że delegatem rządu polskiego na obwód mielecki był kierownik szkoły w Przecławiu, Wilhelm Lotz, który do władz zwierzchnich w Krakowie wysyłał miesięczne sprawozdania. Armia Krajowa przegrupowywała siły, gromadziła broń.

Zakładnicy

Pamiętam dokładnie dzień 1 sierpnia 1944 roku, kiedy Niemcy, stacjonujący na Pikułówce, otoczyli Przecław, strzelając do wszystkiego co się ruszało. Wywlekli mieszkańców z domów. Ustawili na rynku, obok pomnika św. Jana Nepomucena, wycelowali karabiny maszynowe i za chwilę miała się odbyć masowa egzekucja. W tym momencie wyszedł z domu mieszkający w rynku Alfred Langer i zbliżył się do dowódcy Wermachtu. Wylegitymował się, że jest śpiewakiem wiedeńskiej opery. Wytłumaczył oficerowi, że ludzie zgromadzeni są niewinni, a w Przecławiu nie ma partyzantów. Dowódca uległ najwyraźniej jego argumentacji, bo odstąpił od egzekucji. Odliczono kilku zakładników, pozostałych zwolniono. Zakładników - proboszcza ks. Karola Zająca (Żarowianie: brat proboszcza w Zdziarcu ks. Zygmunta Zająca), sołtysa Bronisława Wątróbskiego, Czesława Bukowego, Jankiewicza i Pietrzykowskiego zabrano na Pikułówkę i uwięziono w komórce, a następnie zmuszono do picia alkoholu, następnie wywoływano ich i przesłuchiwano.

Gryps w zupie

Alfred Langer, ożeniony z przecławianką, był profesorem muzyki i śpiewakiem wiedeńskiej opery, czym ujął austriackiego oficera. Następnego dnia po uwięzieniu zakładników Langer udał się do siedziby Wermachtu, gdzie uprosił zwolnienie sołtysa Bronisława Wątróbskiego i proboszcza Karola Zająca. Pozostałych trzech zabrano do pracy. Nosili miny talerzowe do zaminowywanego przez Niemców mostu. Pracowali przez 2 dni. Czesław Bukowy pamięta, jak młody żołnierz Wermachtu, Austriak w jego wieku, płakał nad nimi, że będą wraz z mostem wysadzeni w powietrze. Pozwolono rodzinom przynosić im jedzenie, więc szybko w zupie znalazł się zawinięty w pergamin gryps. Zawarta w nim była informacja, że po zaminowaniu mostu mają uciekać, dokładnie w tym momencie, kiedy żołnierz niemiecki przejdzie na lewą stronę mostu. Był to wynik uzgodnień Langera z oficerem Wermachtu. Zakładnicy zastosowali się do wskazówki w grypsie i w odpowiednim momencie uciekli potokiem rzeczki Słowik, w kierunku parku. Dobiegając do parku usłyszeli huk wysadzonego w powietrze mostu. W ten sposób cała trójka została ocalona, chociaż w meldunku do kapitana jednostki Wermachtu poszła informacja, że zostali wysadzeni razem z mostem.

Ołówek i inni

Niedoszła egzekucja na przecławskim rynku 1 sierpnia 1944 roku miała nastąpić z powodu zastrzelenia niemieckiego wartownika na moście w Przecławiu. Dzień wcześniej dwaj członkowie AK, por. rezerwy Stanisław Woźniak i Kazimierz Pociorkowski przenosili broń z Przecławia do Tuszymy, gdzie mieli ją przekazać Olkowi Rusinowi, tamtejszemu dowódcy oddziału AK. Mieli rozkaz, aby przeprawić się wpław przez Wisłokę, ale oni nie usłuchali rozkazu i zbyt pewni siebie poszli przez most, gdzie zatrzymał ich niemiecki patrol. Wiadomo było, że na moście jest patrol, więc prawdopodobnie poszli tam z gotowym zamiarem rozprawienia się z Niemcami. Kiedy patrol zatrzymał ich do rewizji, wówczas Kazimierz Pociorkowski wyciągnął broń i zastrzelił wartownika. To dlatego Niemcy następnego dnia otoczyli Przecław, z zamiarem zmasakrowania ludności. Do egzekucji na rynku nie doszło, dzięki wspomnianemu wstawiennictwu Langera. Zginął za to mój ojciec, pracujący wówczas w polu. Nieopodal ojca ukrył się w kartoflach Jacek Woźniakowski pseudonim "Ołówek". Był adiutantem komendanta obwodu AK Konstantego Łubieńskiego i pamiętnego dnia jechał na rowerze z tajnym meldunkiem do Radomyśla Wielkiego. Natknął się na pacyfikujących Przecław Niemców, zsiadł z roweru i zaczął uciekać. Niemcy strzelali do niego z bliskiej odległości i tylko cudem udało mu się ujść z życiem, natomiast kula dosięgnęła mojego ojca. Jacek Woźniakowski opisał to potem w swoich wspomnieniach.

Olek i Blizna

Takich zdarzeń na naszej ziemi było mnóstwo. Jednym z bohaterów walki o wyzwolenie ojczyzny był płk w stanie spoczynku śp. Aleksander Rusin. Ten człowiek, jako dowódca oddziału partyzanckiego, od początku okupacji walczył z Niemcami, odnosząc wiele sukcesów. Terenem działalności jego oddziału było kilka sąsiadujących powiatów, ale w szczególności tereny Blizny, gdzie ze swoimi ludźmi wykradał Niemcom tajemnice rakiet V-1 i V-2. Po wkroczeniu Rosjan na ziemie polskie nie pozwolił się unicestwić i walczył skutecznie z sowieckim totalitaryzmem, dodając otuchy terroryzowanej przez NKWD i SB okolicznej ludności. Walczył z bronią w ręku do 1947 roku. Nie pozwolił pojmać się i zamordować, jak robiono to z wieloma akowcami. Dopiero na mocy amnestii w 1956 roku wyszedł z ukrycia i w miarę spokojnie żył. Łatwo policzyć, że jego walka z obu totalitaryzmami trwała 17 lat. Nie będę tu przytaczał jego bohaterskich czynów, bo są one opisane w wielu publikacjach. Obecnie należałoby walkę jego oddziału upamiętnić.

Obelisk i muzeum

W Przecławiu, po przebudowie rynku, ma stanąć obelisk. Przeciętny mieszkaniec, czy turysta powinien się dowiedzieć, że to na tej ziemi walczyli ludzie z oddziału Aleksandra Rusina. Ci, którzy zginęli w tej walce, powinni być na obelisku upamiętnieni. Wystarczy zwyczajny napis. Apeluję do władz gminnych w Przecławiu i powiatowych w Mielcu, aby tak się stało. Apeluję do organizacji kombatanckich, TMZM i innych organizacji, a także wszystkich działaczy społecznych i całego społeczeństwa, aby tę propozycję poparli. Nieopodal Przecławia, w Nadleśnictwie Tuszyma powstaje muzeum, gromadzące wykopaliska części rakiet V, odnalezionych w Bliźnie. Jest to zasługa nadleśniczego, pana Zygmunta Jurasza. Zbiór jest naprawdę imponujący. Należy z uznaniem pochylić głowę nad jego pasją, gdyż nikt mu w tych poczynaniach nie pomaga. A szkoda, bo można tam stworzyć wspaniałą ekspozycję, upamiętniające wojenne czasy. Muzeum w Tuszymie, obelisk w Przecławiu i Blizna nie tylko nie powinny ulec zapomnieniu, lecz odwrotnie - istnieć i dokumentować czyny bohaterów pochodzących z mieleckiej ziemi.

Teofil Lenartowicz