ill titleWspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.1

Nazywam się Wanda Wędzik (z domu Dudek). Urodziłam się w Dulczy Wielkiej w 1943 r., gdzie toczyła się wojenna zawierucha. Moi rodzice to Andrzej Dudek i Stefania z domu Warias, którzy mieli czworo dzieci: mnie - Wandę, moje siostry Irenę i Zuzannę oraz brata Zygmunta. Były to ciężkie lata, gdzie bieda przeplatała się z nędzą. Kiedy byłam małą dziewczynką i miałam kilka latek zmarła nasza kochana mama. Wszystkie domowe obowiązki przejął mój tata, któremu było bardzo ciężko wychowywać czwórkę małych dzieci.



Moi dziadkowie ze strony ojca to Antoni Dudek i Weronika. Dziadek Antoni był dwa razy żonaty, ponieważ jego pierwsza żona umarła. Mieli oni pięcioro dzieci, które w 1904 roku wszystkie wyemigrowały do USA. Z żoną Weroniką dziadek miał jeszcze czworo dzieci: Andrzeja, Ludwika, Marię i Kazimierza.

Dziadkowie ze strony mamy to Maria i Błażej Warias. Ich dzieci to Stefania, Anna, Zofia, Jan i Józef. Dziadek Błażej pełnił w Dulczy Wielkiej funkcję sołtysa, później od roku 1946 funkcję tę przejął na krótki okres mój ojciec.

Mój tata bardzo przyjaźnił się z nauczycielami tamtejszej szkoły - Stanisławem Baranem i jego żoną. Byli oni rodzicami dwóch córek - Manii i Eugenii oraz syna Stanisława. Pewnego wieczoru przyszli oni do mojego ojca z prośbą o przenocowanie jednak o północy tata musiał ich pilnie odwieźć do Dąbrowy Tarnowskiej na pociąg. Prawdopodobnie z tego co wiem chcieli dostać się do Krakowa. Niestety Pan Baran (podejrzany o działalność w AK )został aresztowany i przypuszczalnie stracony w wiezieniu w Rzeszowie. Jego żona wraz z dziećmi dostała się do Krakowa i tam ślad po nich zaginął. Czy tak było dokładnie tego nie wiem, ale może są ludzie, którzy też im pomagali i znają ich losy.

Czasy te nie były łatwe i spokojne. Za byle przewinienie szło się do wiezienia, ludzie byli prześladowani. Do naszego domu wieczorami przychodzili sąsiedzi i dużo rozmawiali o różnych sprawach, a na ucho szeptali o organizacji AK. Do dziś pamiętam jak pod oknami ojca można było zauważyć nieznajomych ludzi, próbujących podsłuchać tematy naszych rozmów, aby później donieść to wszystko odpowiednim władzą.

Pod koniec lat 40 ubiegłego stulecia mój tata Andrzej nie odstawił 50 kg ziemniaków, gdyż w domu nie było nic do jedzenia za co, bez żadnego orzeczenia wyroku został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie zostaliśmy wszyscy sami w domu bez opieki, bo nasza mama wtedy już nie żyła, a najstarsza siostra Irka miała zaledwie 7 lat. Trwała surowa zima, w piecu nie było czym napalić. Tylko dzięki dobrym ludziom nie zamarzliśmy na śmierć i nie umarliśmy z głodu. Po powrocie z więzienia tata opowiadał nam o tym jak go bito na przesłuchaniu w prokuratorze mieleckiej. Zmuszano go również do tego, aby przyznał się do działalności w szeregach AK. W tym okresie Polską rządził Bierut. Były to ciężkie lata, gdzie nie było chleba i wciąż chodziliśmy głodni.

Podczas wojny w zabudowaniach moich dziadków (Wariasów) i moich rodziców mieścił się sztab rosyjskich wojsk. W skutek nalotów bombowych nasz dom zaczął płonąć lecz został ugaszony przez dziadka Wariasa i mojego ojca. Dziadkowie i rodzice zostali wysiedleni i musieli uciekać szukając schronienia w rzece "Dęba". Tam umarł mój dziadek Błażej Warias, został pochowany w lesie na Porębach, a po wojnie jego szczątki przeniesiono na cmentarz w Dulczy Wielkiej.

Z rzeki "Dęby" uciekali przed działaniami wojennymi na Radomyśl Wielki. Jechali na wozie konnym wraz z maleńkimi, płaczącymi dziećmi. Byli ostrzeliwani przez Niemców. Moja Mama na plecach nosiła przez cały ten czas święty obraz tak jak nosi się plecak. Szczęśliwie minęli Radomyśl Wielki i zatrzymali się w miejscowości Niwiska, gdzie przebywali przez okres zimowy w straszliwej biedzie, ale jakoś udało im się przeżyć i na wiosnę wrócić do swoich domów – zniszczonych, spalonych, ale na "swoje".

W mojej pamięci przewija się obraz spalonego wraku czołgu, który stał na polu Wojtka Wolaka. Będąc dziećmi często wchodziliśmy do niego, aby się bawić. Pamiętam również opowieść taty o uratowaniu przez niego Żyda. Niemcy przyjechali na motorze i ujęli Żyda. Kazali mu wykopać sobie grób, a sami gdzieś się oddalili. Mój ojciec przyglądał się temu zdarzeniu z ukrycia i w momencie kiedy nikogo przy grobie nie było podszedł i wyciągnął z niego Żyda każąc mu uciekać. Niemcy nie zdążyli już wrócić, aby go zabić, bo w tym samym czasie wojska rosyjskie wkroczyły do Dulczy. Tym sposobem jedno istnienie ludzkie zostało ocalone.

W Dulczy Wielkiej był jeden mały sklepik gdzie można było kupić naftę do butelki, zapałki. Cukier był bardzo rzadko i Hela Dykas sprzedawała go po 25 dag. Nieraz pojawiały się bułki, ale nie często się je kupowała ze względów finansowych. Chleb był również rzadkością w sklepiku koło kościoła. Za to alkoholu było pod dostatkiem, aby ludzie się rozpijali i trzeźwo nie myśleli o tym co będzie jutro, co będą jeść ich dzieci i rodzina.

W latach 1955 ludzie bardzo chcieli się budować, a ponieważ nie było cegły chłopi ze wsi (mój tata Andrzej Dudek, Wojciech Wolak, Józef Wolak, Bugaj, Ludwik Dudek i Juras )założyli cegielnię. Postawili więc piec do wypalania cegły na ziemi mojego ojca, barak do suszenia cegły, a także wzięli pożyczkę na kupno maszyn potrzebnych do produkcji cegieł. Piasek mieli za darmo od ojca, glinę kopali koło Jana Dudka przy drodze i tak się zaczęła praca w cegielni. Ludzie pracowali, ale bez pieniędzy, trochę cegły wypalili i sprzedali lecz marnie im to szło. Wtedy Wojtek Wolak odłączył się od spółki i sam założył cegielnię około 1960 roku. Po cegielniach zostały tylko wielkie doły, ale tak było. Ludzie chcieli coś robić i budować, rwali się do życia, ale to przerastało ich możliwości. Obie cegielnie upadły. Młodzi ludzie może nawet nie wiedzą, że takie cegielnie w Dulczy istniały.

Tuż koło domu mojego brata Zygmunta, przy drodze, stoi drewniany krzyż, który został ufundowany przez krewnego Wojtka Wolaka jako wotum wdzięczności Bogu za dar uzdrowienia. Przebywał on w USA, gdzie chorował. Po ustąpieniu choroby przyjechał do Polski odwiedzić rodzinę Wolaków i z tej okazji ufundował ten krzyż. Niestety upływający czas nie obszedł się zbyt łaskawie z krzyżem i dlatego na miejsce spróchniałego Wojtek Wolak postawił nowy krzyż, który stoi do dzisiejszego dnia.

Swoją historię ma również kapliczka stojąca koło szkoły gdzie mieszkali Grzechy. Jest ona także wotum wdzięczności za odzyskanie zdrowia przez Władysława Brożyny.

W l962 roku opuściłam rodzinę i udałam się na Dolny Śląsk - ziemie odzyskane w poszukiwaniu pracy. Osiedliłam się w Głuszycy gdzie w 1965 roku wyszłam za mąż i urodziłam dwóch synów - Dariusza (1966 r.) i Tomasza (1971 r.). Dzisiaj jestem na emeryturze i pomagam w wychowywaniu jedynego, jak na razie, wnuczka Patryka.

Bardzo często wracam wspomnieniami do mojego dzieciństwa i lubię o nim opowiadać moim dzieciom, aby znały historię mojej rodziny i przekazały ją swoim pokoleniom.

Bardzo chciałabym poznać więcej szczegółów z życia osób, które znałam. Jeżeli ktoś rozpoznał w tych zdjęciach lub opisanej przeze mnie historii swoich bliskich może się ze mną skontaktować na adres internetowy w celu uzupełnienia informacji, których częściowo nie posiadam: tomalo16@wp.pl.



Wspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.2

Wspomnienia Wandy Wędzik (z domu Dudek) z Dulczy Wielkiej cz.3